ZIelonkowo
Wiatr miał wiać z północnego wschodu, ale jak zwykle mnie oszukał. Tym razem jednak był na tyle łaskawy, że nie miażdżył z wielką siłą, a wmordewind o stopniu lekkim już mi niespecjalnie przeszkadza. Mimo jego fochów nie zmieniłem dzisiejszego założenia co do trasy - postanowiłem bowiem wybrać się w okolice Puszczy Zielonki. Lubię te tereny, nawet jadąc asfaltem, jednak istnieje jeden spory mankament - żeby tam się dostać muszę przejechać przez Poznań z południa na północ i z powrotem. O dziwo jednak poszło to całkiem sprawnie, do czego jeszcze nawiążę pod koniec.
Od momentu wyjechania na trasę w kierunku Gniezna mogłem trochę rozwinąć skrzydła, a już w ogóle dobrze zrobiło mi się po skręceniu na odcinek Kobylnica - Wierzonka. Kilka kilometrów takiej drogi to marzenie, pewnie nie tylko moje:

Pozdrowiłem mentalnie małą ojczyznę bikestatsowego Grigora i zabrałem się za mini wspinaczkę po mikrohopkach do Karłowic, a następnie do granic Puszczy, gdzie na chwilę się zatrzymałem. Oj, chciało się wjechać w teren, ale ani sprzęt nie ten, ani - mimo wolnego - czasu nie było.


Wracając do Wierzonki tak się zapatrzyłem na pola i lasy, że zapomniałem się rozpędzić z górki :) Musiałem to potem nadrabiać po płaskim, bo Vmax się sam nie zrobi. Na powrót wybrałem już inną trasę - przez Mielno, Kicin i Koziegłowy. Malowniczy, nie da się ukryć, z Dziewiczą Górą w tle. Co prawda bardziej "górą" niż górą, ale zawsze coś :)


Ostatni odcinek to już walka o wywalczenie minimalnej średniej. Udało się, mimo ponownej jazdy przez miasto. I tu wrócę do kwestii z początku - jestem bardzo, bardzo zadowolony z tego, co dzieje się w Poznaniu pd względem rowerowym przez ostatnie dwa lata. Bez zmian po wyborach samorządowych - jestem tego prawie pewien - byłoby tak, jak kiedyś - kostkowo, nielogicznie, niespójnie i po prostu pod górkę nam, którzy codziennie jeżdżą na dwóch kółkach. Wiem, że już o tym pisałem, ale że rzadko chwalę urzędasów, to niech mają. Zresztą, wystarczy spojrzeć.
Tu kawałek odnowionej ścieżki przy Jana Pawła, zaraz przy Malcie:

Tu Wartostrada:

Tu... no tak :) Rodak.

Jednak do sedna - jeśli ktoś pamięta moją dość szeroko komentowaną kolizję z pewnym imbecylem, właśnie z okazji unikania ścieżek (wtedy był tu jakiś kostkowy potwór), to teraz jest tu inny świat. Ulica Gdyńska aż krzyczy - kręć mną!
Dojechałem zadowolony do domu, wcześniej jeszcze zahaczając o stację PKP, z zamiarem kupna biletu na mój drugi, zaraz po rowerze, ulubiony środek transportu. Teraz czeka mnie weekendowy wyjazd, czy połączony z kręceniem - zależy od pogody (a ma padać). Nie chcę zapeszać.
A skoro już jesteśmy przy PKP na Dębcu to jeśli ktoś tęskni za komuną to gorąco zapraszam do żywego skansenu :) Jak się okazało zamiar płatności kartą należy zgłosić przed zamiarem zakupu biletu, czego oczywiście nie doczytałem (mały napis w lewym dolnym rogu, zaraz pod godzinami otwarcia tej skamieliny) i zgłosiłem po. Głośne sapnięcie, które wydało się z płuc pani, samej niewiedzącej pewnie, czemu jeszcze nie zdecydowała się na emeryturę, słuchać było chyba na Głównym :) Musiała ANULOWAĆ! Poczułem się jak robaczek, do tego grzeszny, Jednak skończyło się happy endem, czyli finalnym zakupem, a do tego nie zostałem zamieniony w kamień. Uff :)
Jakby co - to zdjęcie oddaje sedno tego miejsca. Ciekawe kiedy zaczną tu sprzedawać wejściówki, jak do każdego uznanego muzeum? :)









