Po(d)wiat(r)y
O czym mowa? Za chwilę. Najpierw jednak słówko o pogodzie, która w nocy sprawiała wrażenie, że Poznań nad ranem odpłynie gdzieś w dal. Na szczęście jednak nastąpiło teoretyczne uspokojenie, przynajmniej jeśli chodzi o opady, za to wiatr... Zresztą chyba akurat dziś nie muszę przekonywać nawet ekspertów od wielkopolskich powiewów rodem z lubuskiego, iż urywało łby, a miałem wrażenie, że i owo "coś" miało chrapkę na szprychy i wentyle. Ale jakby co przygotowałem dowody :)


No ale twardym trzeba być, nie "mjentkim", więc licząc na jakiś cud ruszyłem sobie crossem. Ruszyłem? Taaa... dobrze powiedziane.Tak jak nie padało, gdy byłem w domu, tak pięćset metrów od momentu ruszenia musiałem się zatrzymać pod daszkiem pobliskiej galerii. Po chwili przestało lać, więc pojechałem dalej, mając cichą nadzieję, że to koniec przystanków z tym związanych. Nadzieja matką naiwniaków :)
Po minięciu Wirów nastąpiło pierwsze zaliczenie wiaty, zaledwie na kilka minut. Tutaj model w stylu "skromny kibelek".

Komorniki, Szreniawa, Chomęcice, Konarzewo i... wiata numer dwa. Skromna kawalerka, również w stylu plastic fantastic, ale bardziej przewiewna. Tu upojne kilkanaście minut, bo ulewa zrobiła się całkiem spora. A ja podziwiałem to, co natura dawała. A dawała :)


Trzcielin, Dopiewo, Dopiewiec i... miejscówka trzecia. Prawdziwy wypas, przystankowe L-3 co najmniej, choć lekko cuchnące PRL-em. Krótkie przeczekanie, ale owocne, bo niedaleko znalazłem sklep i była okazja do nabycia i skonsumowania Snickersa. Na tym skończyłem na dziś zbieranie wiat. I tak jak napisałem - chciałbym już moją kolekcję na tym zamknąć :) Wróciłem przez Palędzie, Gołuski oraz Plewiska do domu, wprost w paszczę pralki.

A co poza tym? W Wirach skręciłem w końcu w jedną z bocznych uliczek, która kusiła mnie od dawna fajnym zjazdem. Jak się okazało, na jej końcu znajduje się początek... WPN-u. A na styku - przejazd kolejowy, przy którym zrobiłem focię pędzącego SA132...

...oraz wykonałem personifikację hasła "rowery na tory", choć jest ono zupełnie bez sensu :)

Podczas nawrotu wyhaczyłem fajną drogę, która prowadzi pewnie do Szreniawy - przy lepszej pogodzie (czyli bez nadciągających chmur) do przetestowania.

W sumie... tego mi było potrzeba. Wolny dzień, wolna przejażdżka, ulewa, wichura... No dobra, może bez tych dwóch ostatnich elementów :) Bawiłem się przednio, sam nie wiem czemu :)










