...miejskie światła
są w najlepszej formie. Dziś z powodu pólnocno-zachodniego wiatru
musiałem zaliczyć solidną rundkę przez miasto, spodziewając się
co mnie czeka, lecz mając irracjonalną nadzieję na w miarę płynny
przejazd. Tymczasem, mimo prawie zerowego ruchu w okolicach
dziewiątej rano, czułem się dzięki sygnalizacji jak w piątek
pomiędzy piętnastą a szesnastą. Na ponad dwadzieścia (z nudów
liczyłem) mijanych świateł, kręcąc praktycznie tylko i
wyłącznie główną drogą z Dębca na Golęcin te 9,5 kilometra,
zielone trafiło mi się jedynie sześć razy. A na czerwonym mogłem podziwiać wspaniały widok opustoszałego Poznania, bojąc
się ryzykować nadużywania przepisów. I jak tu czuć miętę do
miejskiego monitoringu, który czuwa tylko na mój niewinny portfel?
:)
Gdy już dopchałem
się do wysokości Strzeszyna to przypomniałem sobie, że przecież
przejazd na Koszalińskiej jest do jutra zamknięty i w sumie cała
moja misja była bez sensu, bo i tak się muszę cofnąć na Wolę.
Zrobiłem to wbrew swojej woli :) Choć dzięki temu przypomniałem
sobie jedno z wesel, na którym byłem w tych okolicach jakieś
dziesięć lat temu. Hmm, w sumie słowo „przypomniałem” z
pewnych względów może być traktowane jako nadużycie :)
Jadąc naokoło, w tym
kilkaset metrów po najbardziej lubuskim z wielkopolskich lubuskich
bruków, dokręciłem do Słupskiej, potem Kiekrz, hopka w
Rogierówku, płytami do Sadów, kawałek śmieszką w Lusowie (stali
przy niej miłośnicy paralizatorów, więc nie ryzykowałem), by
wrócić kawałek, dosłownie kawałeczek z wiatrem w plecy przez
Zakrzewo oraz Plewiska. Tam zakwitłem na sygnalizacji remontowej,
która nie przewiduje zaskoczeń w postaci: „o, podjeżdżam i
zielone”, by finalnie doczłapać się do domu, z którego
wystartowałem do pracy. Jak widać codzienna egzystencja z tym
ostatnim elementem rządzącym człowiekiem to emocje wprost niewyobrażalne, niczym w wenezuelskim tasiemcu :)
Komentarze (10)
Oj, nie dla wszystkich :) ale od nas wszystkich, z podatków.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"