Sorry!
Prócz miasta (odcinek od Dębca do Golęcina, następnie Strzeszyn oraz Kiekrz, a podczas powrotu kawał drogi Wolą, Grunwaldem i Górczynem) odwiedziłem jeszcze Rokietnicę, Napachanie, Kobylniki oraz Rogierówko, czyli trasa jak na wielkopolskie standardy rzeźnicza. A jak na standardy sudeckie - płaska niczym obiekt westchnień niejednego proboszcza. Cóż, finalnie więcej stałem niż jechałem, ale w sumie wiedziałem na co się piszę decydując na kursik przez Poznań.
A skoro miasto to musi być scenka rodzajowa. Z okolic ronda Nowaka-Jeziorańskiego, gdzie już bywało wesoło, a raz nawet opisałem moją namiętną dyskusję z beneficjentem klaksonowego rozwolnienia, związaną z może pięćdziesięciometrowym kawałkiem DDR-ki, który kończy się po chwili na środku chodnika. Tym razem również usłyszałem uwielbiany przez wszystkich na dwóch kółkach dźwięk, wydobywający się z szoferki dostawczaka z logo firmy Atlas. Jednak tym razem, ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zrównałem się z nim na światłach, zanim zdążyłem jak zwykle kulturalnie użyć kilku potocznych słów z mocnym akcentem na "r", zobaczyłem otwierającą się szybę i słowo... "przepraszam". Rozszerzone o "nie zauważyłem jak to wygląda, sorry, tego nie było. Zresztą sam jeżdżę rowerem i to tu jest bez sensu". Zdębiałem pozytywnie. Chwilę jeszcze pogadaliśmy o dwukołowych absurdach tej okolicy, życzyliśmy sobie szerokiej drogi, a ja dalej jechałem mimo wszystko zszokowany. Jak to? Przyznanie się do błędu? Samoistnie, bez przymusu? Przez polskiego kierowcę w rozmowie z cyklistą? Co by nie pisać - brawo!








