Psia pogoda...
Ciężko mi się wstawało, więc wyruszyłem późno i nie miałem jak pokombinować z trasą - wykręciłem w związku z tym jeden z klasyków na zachód, z Dębca przez Plewiska, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, znów Plewiska i do domu. Człowiek to jednak jest bydlę, które przystosowuje się szybko do trudnych warunków, w związku z czym pokonywanie rozkopanych Plewisk idzie mi coraz sprawniej, w czym zdecydowanie pomaga chwilowy daltonizm w temacie postawionej czasowo sygnalizacji.
W Fiałkowie zajechałem sobie na chwilę na teren coraz bardziej słynnej wśród rowerzystów z całego kraju stacji naprawy pojazdów, tej z napisem "Poznań Główny", wrakiem samolotu oraz znakiem nisko latających czarownic. Ledwo się pojawiłem podleciał do mnie i przywitał radośnie machający krzywym ogonem piesio, który rozbroił mnie kompletnie i dostał trochę głaskania gratis. Tak, to miejsce widocznie ma bardzo pozytywną aurę :)

Dokonałem dalszej części testów kamerki - wciąż jestem zadowolony, już drugi dzień :) Jednak posiadanie czegoś takiego na łbie daje sporo radochy, o której zapomniałem. Można dzięki niej uwiecznić choćby takie smaczki:

Oczywiście w realu tak panicznie to nie wyglądało :)
Jedyne na co narzekam w SJ4000 to bateria. Trzyma maks godzinę, czyli gorzej niż w starym GoPro. Ale główka pracuje i w internetach wyczytałem, iż jeden z głównych sklepów w Polsce prowadzących sprzedaż akcesoriów m.in. do SJCam znajduje się w Poznaniu, na ratajskim Osiedlu Orła Białego. Czyli: zadupie, ale bliskie zadupie :) Szybki telefon w celu upewnienia się czy da się bez wcześniejszego zamówienia zakupić na miejscu to, co potrzeba, i myk! Szybka akcja, korzystając z chwili spokoju w robocie zebrałem dupę w troki i pojechałem rowerem miejskim, czyli najszybciej jak się da. Za darmo. Bowiem dwa razy zmieniając sprzęt, czyli łącznie kręcąc trzema, zrobiłem jedenaście kilometrów z centrum i z powrotem (wyjątkowo dodaję tę liczbę do dzisiejszego ogólnego) nie wydając na to ani złotówki. Część z oszczędzonych kilku złotych za paczkomat została w mojej kieszeni, a część wylądowała w kapeluszu pewnego żebrzącego pana z pieskiem. Bo dziś (w sumie jak co dzień) psy mają u mnie same plusy :) A cała wyprawa była po zastępczą baterię, która kosztowała mnie całe 24 PLN. Mamusiu, jak ja kocham chińskie standardy cenowe! :P
Tak sobie jadąc cieszyłem się, że wyjątkowo nie miałem problemów ani z wypięciem, ani z wpięciem, ani ze stanem technicznym rowerów miejskich. Nawet zacząłem już wierzyć, że stał się cud i nadają się one do jazdy, gdy nagle na Moście Przemysła I przyuważyłem... :)









