Glut screenowy
Generalnie to do grubo po dziesiątej byłem pewien, że nie pokręcę w ogóle. Od rana padało, ja o trzynastej miałem być w robocie, aż nagle jakimś cudem lać przestało. W tym samym momencie dostałem info od Żony, że zapomniała kluczy, więc chcąc nie chcąc (czytaj: chcąc) wsiadłem na crossa (wciąż niesprawna przednia przerzutka) i zaproponowałem dostarczenie tego dość istotnego elementu używanego do otwierania drzwi. Na szczęście nie musiałem telepać się przez całe miasto, tylko tym razem punkt przekazania nastąpił przy Lukoilu na Głogowskiej. Wiało, kropiło, miażdżyło, ale minimalne minimum dziś wykonałem.
Najfajniej kręciło mi się w takim otoczeniu (WPN):

Jednak zanim doń dotarłem to najpierw spotkała mnie codzienność w tunelu na Dębcu - brak umiejętności ogarnięcia przez część rodaków pisma obrazkowego...

...oraz tendencje samobójcze pewnego dziadka, który jak gdyby nigdy nic pruł przez pasy na czerwonym, że aż się kurzyło, oczywiście nie patrząc przed ani za siebie. Przeżył, a ja mam jedno uratowane życie na koncie więcej :)

Pokręciłem do Komornik, w nich skręciłem na Wiry oraz Łęczycę, by w końcu zawitać w Puszczykowie, który sobie objechałem wzdłuż i wszerz, zahaczając o centrum, gdzie oczywiście nie widziałem pseudo DDR-ki położonej po mojej lewej. Za to widziała mnie straż gminna czy jaką tam mają, ale na szczęście chyba nie mieli wizji widoczności moich danych w swoich kajecikach :)
Wróciłem przez Łęczycę i ulicę Armii Poznań w Luboniu. Tym razem jednak postanowiłem w ramach nauki pływania zaliczyć fale Dunaju, czyli tamtejszą ścieżynkę z kostki, ale postanowiłem przy okazji uwiecznić prorowerowy krawężnik, który umożliwił mi olanie jej części.

Zresztą... takowych prorowerowych rozwiązań było dziś więcej :)

Gdy tylko zawitałem w domu znów zaczęło padać, ja zdążyłem jeszcze wziąć prysznic i pojawić się punktualnie w pracy. Noooo, prawie punktualnie :)








