Z wizytą u Minotaura
No i oczywiście wiatr. Dziś zresztą nazwanie podmuchów w ten właśnie sposób byłoby niezasłużoną pieszczotą. Po prostu urywało łeb, co jak sądzę potwierdzą rowerzyści nie tylko z okolic Poznania. A że postanowiłem kręcić crossem, który aktualnie jest prawie ostrym kołem, gdyż wciąż nie mam czasu na serwisowanie przedniej przerzutki, to jazda na największej tarczy była sporym wyzwaniem. Co najmniej połowa trasy to bowiem solidny górski trening, tyle że bez górek :)
Zacząłem jazdę od Górczyna przez Bułgarską, Bukowską, dokręciłem do Ławicy, Wysogotowa, Sierosławia oraz Więckowic. I miałem dość. Na szczęście powiew łaskawie od tego momentu zaczął być bardziej proludzki, dzięki czemu jakoś doczłapałem się przez Dopiewo i Palędzie do Gołusek, gdzie po wdrapaniu się na wiadukt nad S-11 postanowiłem swym czynem ukazać, iż mężczyzna pracujący jestem i żadnych wyzwań się boję :) Po raz pierwszy skręciłem w serwisówkowy szlak na tym odcinku aż do Komornik. I powiem tak - słynny labirynt z Minotaurem w środku to przy tym pikuś. Kluczyłem, zawracałem, znów kluczyłem, znów zawracałem, finalnie znajdując w końcu drogę wyjścia. Co było tym trudniejsze, że w Komornikach z grubsza krajobraz wygląda tak, że hala magazynowa wystaje za halę magazynową, która przesłania kolejną halę magazynową. Mało pomocne, tym bardziej, iż nasi genialni projektanci dróg nie wpadli jeszcze przez te dziesiątki lat na tak skomplikowany pomysł jak oznaczenie, która z odnóg serwisówek jest ślepa, a która nie, już nie mówiąc o jakichkolwiek znakach wskazujących kierunek. To może za jakieś sto lat :)
Cóż, emocje były, ale wstępnie temat mam ogarnięty. Otwierają się nowe perspektywy walki z nudą na od dawna wyświechtanych codziennych szlakach.








