Nocne opady deszczu
spowodowały, że jazdę do motywacji miałem dość mierną. Gdy do
tego rano podczas wyjścia po pieczywo za pomocą mocnego podmuchu prawie
zmiotło mnie spod piekarni (ale dzielnie nabyłem chlebek, stając
się mącznym bohaterem w swoim domu) to zredukowały się one niemal
do zera. Ale skoro miłościwie nam służąca pani premier przeżyła
Oświęcim to co, ja nie dam rady? :)
Dałem. Tyle że crossem. Co prawda drogi już w większości wyschły, ale nie
chciałem odlecieć szosą gdzieś w kosmos, stąd taki wybór. Nie
miałem tylko sprecyzowanego celu wyjazdu, więc ruszyłem najpierw po prostu
przez Luboń i Łęczycę do Puszczykowa, które objechałem dokoła,
by znaleźć się w Mosinie. Tam postanowiłem skorzystać z
szerokich kół i wykonać ryzykowny dla życia kurs „ddr-ką”
(cudzysłów zasłużony) do Krosna i Drużyny Poznańskiej. Tam w końcu
sprecyzował mi się plan wycieczki, gdyż przypomniałem sobie o
dawno niejeżdżonej drodze przez Borkowice.
Najpierw jednak
przejechałem po czymś dziwnym, jakby wyciętym kawałku asfaltu
przykrytym trocinami. Kawałek dalej skojarzyłem fakty za pomocą
tego znaku:
Wklejałem już
podobne zdjęcie z Puszczykowa, ale w obszarze zapowietrzonym mnie
jeszcze nie było. A że się cofać nie lubię to postanowiłem
kilka następnych kilometrów wykonać bez oddychania. No cholera,
nie wyszło :)
Dotarłem do
Bolesławca (nie tego na Dolnym Śląsku, choć jednakowoż
„uroczego”) i stwierdziłem, że skoro już tu jestem to polecę
hardkorem i zobaczę miejsce, w którym ostatnio wybito kilkaset tysięcy sztuk
drobiu z powodu ogniska ptasiej grypy. Ponura aura, paskudny wygląd
okolicy oraz świadomość stanu zagrożenia (choć niby nie dla
ludzi) spowodowały, że jechałem jak po skromniejszej wersji
Czernobyla. Psy tu dupami szczekały, a szczególnie jeden spryciarz, taktycznie chowający się w krzakach gdy nadjeżdżałem, a zaczynający mnie gonić i szczekać gdy był pewny, że mu to się nie uda. Dokręciłem do zakładów, usłyszałem przejmującą
ciszę, zobaczyłem pojedyncze auta oraz generalną pustkę i
zawróciłem. Kaszląc zapobiegawczo, bo nigdy nic nie wiadomo :)
Opisywane dziwne
wyłomy w drodze okazały się matami dezynfekcyjnymi. Jak to
cholerstwo działa nie mam pojęcia, ale czuję się zdezynfekowany.
Jeśli jutro zacznę świecić dam znać.
Wróciłem przez Dymaczewo
do Mosiny, tam na chwilę zajrzałem do Adrenalina Fitness, bo miałem
do przekazania pewien gratis koledze i stałym
puszczykowsko-lubońskim kursem dotarłem do domu.
Przewiało mnie
konkretnie, na szczęście nie zmokłem. Pada za to teraz i podobno
ma być tak również jutro oraz w kolejnych dniach, więc tym
bardziej się cieszę, że zaliczyłem te pięć dyszek. A co do
ptasiej grypy to wyczytałem po fakcie, że byłem w samym centrum
cyklonu zwanego H5N8. Ma ono około trzech kilometrów średnicy w
okolicy Bolesławca, zamieniając się potem w około dziesięć w
wersji lżejszej. Ale skoro ludzie tam jak sądzę (bo nie widziałem)
wciąż mieszkają to chyba mogę być spokojny. W razie „w” -
przekażcie moje przesłanie, że w polskich warunkach drobiu należy
się wystrzegać. W każdym możliwym tego rozumieniu :)
Tylko tego ptactwa
żal… :/ Choć może to dla nich lepiej – być zagazowanym niż
skończyć z poderżniętym gardłem na taśmie. Ot, człowiecze
(niby gatunek najwyższy, phi!) dylematy.
Komentarze (32)
Mors - i na tym może poprzestań w temacie merytoryki :)
Michuss - no i mamy chyba jasną sytuację. PS. dobrze, że były obrazki, bo połowy pisanego nie zrozumiałem :)
Dariusz - tam jest tyle panierki, że w sumie zjadłeś żarcie wegetariańskie :)
Jurek - musiałem wygóglować. Przecież to dzieło powstało przy współpracy z dinozaurami. Lub niedługo po tym jak one rządziły :)
Moja merytoryka jest taka, że oczywiście, że Tusk, Petru i lewactwo winni, wszak ruskie muszą mieć wykonawców w terenie. ;p No i na pewno nie jest winny KACZYński. ;)
W kilkuset albo i w kilku tysiącach miejsc naraz dlatego, że wirus jest tak bardzo zaraźliwy i w tempie błyskawicy rozprzestrzenia się między ptakami. Głównie dzikimi, ale jak już dostanie się do takiego skupiska, gdzie jest duża ilość osobników na niewielkiej powierzchni, nieodporna na ten typ wirusa to mamy to co mamy. Hodowcy z założenia będą narzekać, nie zawsze podchodząc do sprawy racjonalnie. A emocje są duże, bo jak wiesz pieniądze olbrzymie ;) No i wtedy do głowy przychodzą różne teorie...
Sposób zwalczania ptasiej grypy, te wszystkie maty, wyznaczanie obszarów zapowietrzonych i zagrożonych, zasady likwidacji ogniska, obostrzenia w obszarach, itp. można znaleźć w rozporządzeniu do ustawy o ochronie zdrowia zwierząt i zwalczaniu chorób zakaźnych. Organem wykonującym te przepisy jest PLW (Powiatowy Lek. Wet.). Jeżeli ktoś jest bardzo zainteresowany to znajdzie. Mogę jutro podesłać link do tych przepisów.
Jurku, akurat tu temat rzeźników nie był dla mnie tak istotny jak samo podejście do tego, co człowiek robi z tą planetą. Czy to fermy, czy zanieczyszczenie środowiska, czy wycinanie lasów, czy zwalczanie innych przedstawicieli swojego gatunku, czy wojny... Lista jest długa.
Faktycznie, trzeba pytać tych, którzy mogą coś wiedzieć. My do takich nie należymy. Przynajmniej ja nie :)
Tomek - ty patrzysz na temat emocjonalnie. Masz prawo i ja to szanuje. Temat rzeźników to inna bajka. Możemy o ty porozmawiać ale nie mieszajmy tego. Mnie interesuje np. to że ta choroba wybucha nie w jednym czy w drugim kurniku ale w kilkuset w różnych miejscach na raz . Chodzi mi o pewien mechanizm i dlaczego np. akurat o tej porze . Mnie to interesuje i chcę wiedzieć. Nie spekuluję tylko pytam tych co mogą mieć na te pytania odpowiedź.
Mors - no to już mamy postęp. W końcu nie są winni Petru, Tusk i lewactwo :)
Jurek - bycia ciekawskim nikomu nie zabronię, a wręcz będę namawiał :) Tylko zadaję sobie pytanie czy zamiast analizować teorie ludzi z branży nie lepiej zapytać ich czy takie samo zdanie mają na temat sytuacji konkurencji z Niemiec, Francji czy Chin. Tam też panuje ten sam wirus. Jak rozumiem rzeźnicy z Bolesławca są poddani takim samym tajemnym siłom co ci z Phenianu? :)
Bardziej bym się zastanowił nad innym tematem - czy człowiek jako zaraza tej planety nie trafia na mur, który sam sobie stworzyła. Taniej, szybciej, efektywniej - współczesna filozofia produkcji żarcia - w pewnym momencie musiała pokazać swoją najgorszą twarz. Mutujące się geny spowodowane nienaturalnym ściskiem istot na ograniczonej przestrzeni póki co nie zagrażają ludziom, ale do kiedy?
Poza tym, wracając do tematu, piszesz o zachowaniu norm etc. Z tego co wyczytałem ptasia grypa przenieść się może przez kał lub drogą kropelkową. Czy owi fachowcy od bezpieczeństwa są w stanie zagwarantować, iż ŻADEN przelatujący ptak nie zatrzyma się na chwilę, nie usiądzie na dachu i... nie zarazi? Albo choćby nie pooddycha? :)
Jaki spisek.Po prostu jestem ciekaw jak to jest. Myślę więc jestem ! :-) Skoro ogniska choroby wybuchają w kurnikach które są praktycznie odizolowane od świat. Ptaki tam nie widzą światła dziennego i przez całe swoje życie nie były na dworze. A choroba się roznosi do innych ferm to w jaki sposób. Obsługa jest dezynfekowana i nikt tam postronny nie ma wstępu. Bywam w takich zakładach i mogę sobie najwyżej popatrzeć na kurniki z oddali. Dzikie ptaki (potencjalni nosiciele) też nie mają kontaktu z fermowymi. Np. w Bolesławcu ferma wygląda jak laboratorium a higiena aż "razi". I padło na nich. A potem na inne kurniki w których kury nigdy nie miały kontaktu z innymi. Bidule nawet sms-a nie mogą wysłać do ziomków . Jak ? Po co maty dezynfekujące na drogach publicznych (2-3 km o ogniska)jak 99,9999 % samochodów nawet się nie zbliżyło do ferm. Pojazdy i ludzie którzy "gazują" zarażone ptaki nie wywożą ich osobiście tylko specjalne ekipy które też się fizycznie nie kontaktują. Zarażony dziki ptak może mieć kontakt co najwyżej z podwórkowymi kurami a te jak wiadomo do wszędobylskich nie należą i mają się dobrze.
Nie twierdzę że to jakieś machinacje. Ale się temu przypatruję z bliska i pewnych rzeczy z tym związanych nie rozumiem. Może czegoś nie wiem ?
Oczywiście, że nie jestem obiektywny! Ze swojej strony robię jedyne co mogę jako jednostka, żeby takich miejsc jak fermy nie było - nie jem mięsa. Ale... robię, więc moim skromnym zdaniem mam jakieś tam prawo do krytyki.
Doceniam Twoją ciężką pracę. Jesteś tak jak ja osobą, która zmieniała ją wielokrotnie, a to, że wykonujesz aktualnie tę (znów: tak jak ja) jest dziełem splotu okoliczności. Ja krytykuję zasady korpobełkotu, jednocześnie stosując jego zasady przez te 8h dziennie, żeby zarabiać pieniądze. Też bym miał okazje do myślenia o spiskach, ale... mi się nie chce. Bo to tylko praca, w której ludzie gadają swoje. Życie jednak jest gdzie indziej. Na przykład na rowerze :)
Nie jesteś obiektywny ! Duże fermy dadzą sobie radę. To są potentaci. Oni mają ubezpieczenia. Nie jestem też zwolennikiem takiego hodowania zwierząt. Mówię tylko o wątpliwościach ...
Nie kwestionuje sposobu rozpowszechniania się choroby i tego że rozwija się w wielkich skupiskach. "Żyję" z drobiu. I obserwacja choroby w skali kraju skłania do pewnych uogólnień. Czas. Obszar występowania. Wielkość ferm. Środki ochrony zewnętrznej . Itp. Mam pewne podejrzenia (może się mylę) że działa to według pewnego klucza.
Jurek, nie tylko. Wejdź sobie na stronę głównego lekarza wet. Tam są informacje o ogniskach. Po prostu te tyczące dzikiego ptactwa lub małych gospodarstw są mniej medialne. A, że, jak już Troll wspomniał, w tak wielkim zagęszczeniu wystarczy jeden siejący osobnik to już inna sprawa.
Wirus nie jest groźny dla ludzi, ale lepiej zachować ostrożność, bo mutuje. A te szczepy są zjadliwe.
Jurek, no a gdzie ma szaleć, skoro jest ptasia? :)
Będę nudny w tematyce, ale to człowiek stworzył masową produkcję żywności, skupioną na danym obszarze. Upychając ile się da na jak najmniejszej przestrzeni. W przypadku ptasiej grypy wystarczy jeden zarażony osobnik, żeby wybić kilkaset tysięcy sztuk.
Nie znam się, ale z tego co wiem ptasia grypa pojawiła jako jakiś genetyczny mutant po raz pierwszy właśnie na fermach jako skutek mieszania się szczepów w zbyt dużym zagęszczeniu. Ale tu by trzeba spytać ekspertów. Tak czy siak człowiek znów jest winny.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"