Wiatr był standardowy. Wrócił do swojej klasycznej odsłony, czyli permanentnego gnojenia.
Ruch na drogach był standardowy. Czyli jak co niedziela - niewielki, za to z wybitnie wielką reprezentacją gówniarzy w pierdzących personifikacjach buzujących hormonów. Głównie tych niemieckich, na trzy i cztery litery. Personifikacji, bo właściciele hormonów zdecydowanie wyglądali na wybitnie polskich.
Jak na ocieplenie ilość kolarzy była standardowa. Czyli spora. No i tu akurat fajno. Mijałem się w Dymaczewie nawet z kilkunastoosobową grupką, być może Zgrupką, ale było szaro i nie przyuważyłem strojów.
Jedno było niestandardowe - rowerzysta widziany przeze mnie w Wirach. W krótkich rowerowych spodenkach. Przypominam - mamy luty. Tym samym już nie uznaję BS za świat freaków. Rzeczywistość jest gorsza :)
Dawno dawno temu, też lubiłem pierdolnąć w sandał moim czteroliterowym pierdziodkiem. Teraz mam innego czteroliterowca i od dawna mi się nie chce deptać gnoja na maksa. To chyba starość hehe.
Aż się na sekundę zamyśliłem czy nie dobić tych 1.6 km, ale oddałem Tobie zwycięstwo walkowerem :)
Przy okazji spojrzałem na liczniki (póki co mam zamontowane dwa) i zobaczyłem, że jednak zrobiłem dziś 53, a nie 52 km jak mi się wydawało. Właśnie edytuję. Co nie zmienia faktu, że zostaję dziś za Tobą daleko w tyle ;P
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"