Pierwotnie miałem
dziś wcześnie rano wracać z Prusimia, ale jak można wyczytać we
wczorajszym wpisie sytuacja się lekko skomplikowała i finalnie
startowałem z domu. Dzięki zmianie czasu (w tę stronę ją nawet
lubię) poszło mi to sprawniej niż zazwyczaj, a poza tym nie za
bardzo mogłem marudzić, gdyż mimo niedzieli grafik był wytyczony prawie co do minuty...
Żyła we mnie abstrakcyjna nadzieja,
iż sytuacja pogodowa się unormuje, ale gdzie tam! Zimno, ponuro,
średnio sympatycznie, a przede wszystkim TEN #*&^% WIATR. Na
całej trasie z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę,
Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Chomęcice, Rosnowo i znów Plewiska
do domu miałem do pokonania trzy wiadukty, z dość ostrymi
zjazdami. I mój dzisiejszy max na nich to… 28 km/h. I to przy
sporym dokręcaniu. Co prawda finalnie udało mi się na jednym
kawałku dobić do pięciu dych na godzinę, ale to w chwilowym
momencie rozkoszy, gdy przez kilka sekund wiało mi w plecy.
Generalnie za swój
sukces uznaję już to, że średnia nie miała wartości ujemnej :)
A to, co zostało wyartykułowane pod nosem z moich ust choćby
podczas walki z huraganem na odsłoniętej całkowicie serwisówce
przy S11 śmiało mogłoby wzbogacić podręczniki współczesnej
łaciny. Lub słów jej pokrewnych :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"