Jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, a w moim przypadku jeżdżą (ja i rower). W związku z tym moje wczorajsze przygody z przednią gumą dziś płynnie zamieniły się w gnój z pedałem. Lewym. Tak bowiem - jak to tylko ja potrafię - wszedłem w zakręt, że zahaczyłem nim o glebę, na szczęście nie wywracając się, ale od tego momentu pod butem zaczęła mi się wolna Amerykanka. A nawet Kanadyjka. Po trzech przystankach i potraktowaniu sprzętu finalnie z kopa dało się jechać, ale pod domem znów coś się przyblokowało. Pomógł następny kop. Mam nadzieję już na stałe, ale coś czuję, że jestem zbyt dużym optymistą.
Wykonałem "kondomika" od strony Górczyna, Komornik, Stęszewa, Łodzi, Mosiny, Puszczykowa i Lubonia na Dębiec. "Wiater" się wzmógł. Fajnie choć, że z zachodu, ale komfortowy to on nie był :) Jako że po prostu nie chce mi się ostatnio cisnąć to olałem średnią i kręciłem wybitnie tempem emeryckim. I jak prawdziwemu polskiemu emerytowi przeszkadzały mi pedały.
Z tego co słyszałem, niezłego kopa daje koka. Ale jej też pewnie nie wozisz ze sobą ;-) ABC kolarza leży u Ciebie kompletnie, nic nie masz co przydatne w drodze hehe.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"