Dwa nienormalne dni (wolne+ładna pogoda) pod rząd to jak wiadomo rzecz zakrawająca na cud, a że w nie nie wierzę to się nie zawiodłem. Po genialnym wtorku przyszła deszczowa środa i w ten sposób zamiast cieszyć się z kolejnych jesiennych kaemów pociłem się na nijakim chomiku (34 km, średnia 33,2 km/h). Żal, choć z drugiej strony dzięki temu udało mi się znaleźć czas i stawić na umówionym w ostatniej chwili płatnym badaniu marketingowym w centrum. Chodzę na takie jeśli jest okazja i spełniam wymogi formalne, wcześniej umawiając się telefonicznie, ale tym razem okazało się, iż zaprosili o dwie osoby za dużo, więc za samo pojawienie się dostałem odszkodowanie w postaci kilkudziesięciu złotych. Zamiast spędzić na miejscu dwie godziny poseidziałem jakieś dziesięć minut, nie musiałem się wywlekać werbalnie i jeszcze mi zapłacili - żyć nie umierać. Proszę o mnie pamiętać dalej, szanowne firmy zajmujące się badaniami, polecam się na przyszłość za taką godzinówkę, a w sumie minutówkę :)
Za to dziś powrót do kieratu, do tego rozpocząłem w pracy chory kilkudniowy maraton po dziesięć godzin, przez co wstać musiałem przed siódmą, a wyruszyłem pół godziny później. Crossem, bo mimo że podobno nie miało to kropiło. Na szczęście w końcu przestało i mimo mokrych dróg udało mi się wykręcić, a w sumie wypełzać (już na lekkim rowerowym głodzie) swoje pięć dyszek. Wiało znów niestety ze wschodu, więc przedarłem się jakoś przez Starołękę, dotarłem do Głuszyny, Koninka, Gądek, skręciłem na Szczodrzykowo, Krzyżowniki, Tulce, Jaryszki i przez Krzesiny do domu. Z tym wyjątkiem, że mając lekką nadwyżkę wyrobioną na trasie zatrzymałem się na chwilę na Starołęckiej, popatrzyłem na kwitnący tam korek oraz pieszych czekających tylko, żeby wejść na jedną z milionów obecnych tam zebr dokładnie przed moimi kołami, powiedziałem coś mało parlamentarnie pod nosem i korzystając z czołgu, którym się poruszałem ostatni kawałek trasy pokonałem w uroczym błocku, najpierw przez kładkę nad Wartą, a później przez Las Dębiński. I to był najfajniejszy moment tej mojej powolnej, mokrej wycieczki.
Komentarze (10)
A nie mam nawet pojęcia gdzie byłem :) tego jest teraz tyle, że człowiek się gubi. Jak będę przechodził to zerknę na szyld i napiszę ;)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"