Niedziela w robocie to jak zwykle dzień niezapomniany. Według słów kolegi - od rana można było upijać się na trzeźwo samym oddechem wizytujących, traktujących miejsce, gdzie spędzam te osiem-dziewięć godzin dziennie jak izbę wytrzeźwień, z tym, że darmową i bardziej zadbaną (wody nie serwujemy). Natomiast gdy się pojawiłem to na start zafundowano mi gratis możliwość dogłębnej analizy psychiatrycznej pierwszego osobnika (diagnoza - bez szans na wyleczenie), a potem było tylko gorzej, w tym koleś po ewidentnie nieumiejętnie skonsumowanych dropsach, za to z kolekcją niezwykle ciekawych tików. Na koniec, gdy wychodziłem byłem zmasakrowany mentalnie i fizycznie. Aha, dodam, że nie pracuję w żadnej profesji mającej cokolwiek wspólnego z szeroko rozumianą branżą lekarską, spędzając czas bardziej banalnie, choć chyba samemu doznając urazów na psychice :)
Oczywiście w tym Dniu Bezmózga nie zabrakło sporego wkładu obcokrajowców, ale dziś przegrywali z rodakami w przedbiegach. Tym bardziej, że czekały mnie dwa miłe zaskoczenia. Jednym z nich była Azjatka, która o dziwo odezwała się do mnie po polsku ("psieplasiam pan, mam pytaniii" - brawo!), a drugim (wczoraj też był) zaczynający rozmowę od "ćssieść" uśmiechnięty, ciemnoskóry i sympatyczny człowiek, z - jak się okazało - Wenezueli. Daleko trzeba było geograficznie szukać normalności :) Ale dla Jose szacun - jako początkujący tancerz towarzyszył Miss Wenezueli, po kilku latach w Irlandii (gdzie... zagrał w filmie bollywoodzkim) wylądował w Polsce, tu rozwijając swoją karierę, a teraz zaczyna zdobywać Litwę - wszystko udokumentowane. Wszelkie wersje pozdrowień, podziękowań i hardkorowych słów w języku Mickiewicza, Macierewicza i Michnika opanowane. Dawajcie mi więcej takich, może odzyskam wiarę w ludzi! :)
Aha, jeszcze o rowerze, ups, prawie zapomniałem :) Start po ósmej rano, na zachód, stałą trasą: Dębiec - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Dębiec. Mimo solidnego wiatru udało się wywalczyć minimalne minimum szosowej przyzwoitości. Zasługa niedzieli - tak znienawidzonej przeze mnie zawodowo, a uwielbianej rowerowo.
PS. Jutro mam wolne, więc ma lać. Przypadek? :/
Komentarze (5)
Mors - nie, nie. Nie ten :) a tak w ogóle to filmik koszmarnie zmontowany :)
BAHA - w gów..., sorry, w piekl..., sorry, w korporacji :)
Zdecydowanie - ale im bardziej na zachód, dalej od Polski - bardziej normalne mentalnie. Im bardziej na wschód - zbliżone do przeciętnej polskiej mentalności, samej w sobie przerażającej, ale jeszcze gorszej. Brrrr :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"