Dawno się tak nie wymęczyłem jazdą jak dziś. Generalnie uwielbiam (bo jak inaczej?) śmiganie na rowerze, po kilku godzinach przerwy od niego mam głoda, ale pod koniec dzisiejszego dwugodzinnego wypadu miałem już serdecznie dość. Po pierwsze - byłem od rana jakoś dziwnie zamulony, jakby przemęczony. Po drugie - wiatr, jak się okazało już podczas kręcenia, nie był południowy, ale upierdliwie wschodnio-pyszczący, nie silny, ale praktycznie w 100% uwalający mnie w pysk lub z boku. Po trzecie - ruch na drogach, który skutecznie przypomniał mi o tym, że wakacje niniejszym umarły śmiercią naturalną, a teraz przez kolejne dziesięć miesięcy czeka nas miejska rzeź. No i po czwarte - otwarcie roku szkolnego, co oznaczało, że po 8:30, kiedy wyruszyłem, wszelkie możliwe arterie zawalone były bezmyślnie łażącymi dzieciorami, a ulice - jeszcze bardziej bezmyślnymi rodzicami, transportującymi swe pociechy w puszkach. Tak początek, jak i koniec jazdy (Dębiec i Starołęka) był pokazem bezmózgowia wybitnego, bo jadąc ścieżkami czułem się jak cel do ustrzelenia przez wyjeżdżające zewsząd, z boku i posesji cztery koła, z troglodytami jakby wypuszczonymi z zoo (w sumie nigdy nie widziałem w zoo troglodyty, ale małp nie chcę obrażać) za kierownicami.
Tym samym kółeczko: Dębiec - Luboń - Wiry - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - nawrót - Rogalinek - Wiórek - Czapury - Starołęcka - Dębiec to pokaz mojej bezsilności w temacie walki z przeciwnościami. A że jeszcze przed wyjazdem nie sprawdziłem ciśnienia w kołach i jak się okazało na mecie jechałem na o wiele za miękkich gumach jak na szosę - mam za swoje, opadły mi łapy i do tej pory zwisają jak u niedorozwiniętego szympansa.
Za to - żeby nie zaczynać miesiąca marudzeniem - pochwalę poprzedni miesiąc. Był to chyba mój jeden z najfajniejszych rowerowo sierpni w życiu. Nie zrobiłem jakiejś kosmicznej ilości kilosów, bo nieco ponad 1640, ze słabiutką średnią na poziomie 28,8 km/h, ale za to wszystkimi trzeba rzęchami (szosa, cross, mtb-trup), będąc w jednym miesiącu zarówno w górach, jak i nad morzem, a w sumie i nad jeziorami, które niemal codziennie mijam w okolicach Poznania. Kospnąłem się m.in.w końcu na Półwysep Helski, co kosztowało mnie sporo, ale w sumie pozytywnych, nerwów.
W skrócie taki oto miałem kolarski kolaż :)
Komentarze (17)
Byle to nie była jakaś rywalizacja, bo się dopiero zacznie... :)
O kurcze, naprawdę aż tyle tego było? No cóż, w sumie miło mi i dziękuję, Tobie jak najbardziej również :)
W byciu na BS nie jest głównym celem zbieranie komentów, ale oczywiście miło, że ktoś czyta te moje wypociny i ma chęć się do nich odnieść, nawet krytycznie. W senie - jest sens pisać bez sensu :)
Można polemizować, wszak i ja kiedyś więcej bazgrałem, ale fakt jest jeden niezbijalny: 406:401 dla Ciebie! W liczbie komentów na miesiąc, oczywiście. ;] Żeby było śmieszniej, to akurat w tym rekordzie sam Ci niemało pomogłem. ;] PS. w kilkuletniej historii BSa widziałem chyba 2 albo 3 blogi z większą ilością komciów. ;]
No nie wiem... zależy jak patrzeć :) błąd / na ilość wpisów czy na ilość zawartych w nich zdań? Zresztą tu chyba ja mam przewagę jako wpisowy gaduła :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"