Dzień niewolny
Pogoda zrobiła się nawet... ładna. Choć wciąż wietrzna. Nieprzyzwyczajony, z niepokojem zerkałem na otoczenie w oczekiwaniu na choćby grad lub trzęsienie ziemi, ale nic takiego nie nastąpiło. No to kręciłem - przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Rogalin i Radzewice, w których miałem spotkać się z rodzinką, ale nie miałem czasu czekać aż wykaraskają się znad Warty, gdzie trwała akcja polowania na ptaki (oczywiście za pomocą aparatu), więc zawróciłem.
Rowerzystów - sporo. Korków w zadupiach typu Luboń - jeszcze więcej, do tego niedających się w żaden sposób objechać. Wiadomo - jutro CAŁY JEDEN DZIEŃ BEZ GALERII HANDLOWYCH, więc trzeba się zaopatrzyć jak na wojnę. Na trasie zdarzyła mi się też sytuacja wyjątkowa, gdyż przed mostem nad Wartą ciągnąłem za sobą jakiegoś dostawczaka, który ani myślał mnie wyprzedzić, tylko karnie dotrzymywał mi towarzystwa, mimo moich zachęt do przyspieszenia. A jak już to zrobił, przepisowo i kulturalnie, to zagadka się rozwiązała, bo zaraz za nim wyprzedził mnie radiowóz. Nie żebym widział w tym wszystkim jakikolwiek związek :)
Dziś do markowego licznika dołączył jako trup ten świeżo kupiony z Lidla - w pewnym momencie pojawiło się zero i prócz chwilowych czkawek utrzymywało się tak już do końca. Dżizas, jaki to jest szajs. Średnią wziąłem więc ze Stravy, korygując o standardowy błąd. Aktualnie mam więc na kierownicy dwa sprzęty - jeden pokazuje godzinę, a drugi temperaturę.








