Czy istnieją jeszcze jakieś językowe kalumnie, których nie użyłem pisząc tego a bloga, a mógłbym opisać wiatrzysko takie jak dziś? Szukam w pamięci oraz w nabytych w moim dotychczasowym życiu zasobach słownictwa i nie mogę nic znaleźć. Poświęcę więc mu krótką linijkę:
Po tym, z czym się dziś musiałem zmagać przez co najmniej połowę trasy, można mi teraz śmiało zafundować podjazd rowerem pod Rysy i będę dziękował, że dostałem tak banalne i łatwe zadanie. W pewnym momencie, gdy chciałem wyprzedzić kombajn pędzący w granicach 20 km/h i skierowałem się na lewo, w wolną przestrzeń, miałem wrażenie, że zaraz mnie zwieje i zostanę kawałeczkiem drobno zmielonej papki składającej się ze skoszonej trawy i moich bebechów. Z drugiej strony - gdy zdarzył się na Głogowskiej błogosławiony moment, gdy wiało mi w plecy - rozpędziłem się na prawie płaskim terenie do prędkości 61 km/h. I nie będę ukrywał, że w przypływie szaleństwa poczułem sympatię do wiatru, tak jak bite żony wielbią swoich mężów podczas dni trzeźwości. Chwilę później znów go nienawidziłem :)
Trasa: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Trzcielin - Dopiewo - Dąbrowa - Plewiska - Poznań. Moim skromnym zwycięstwem jest to, że wyrzygałem te trzy dychy średniej. Bogowie (wszyscy, mono i politeistyczni) świadkami, ile mnie to kosztowało.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"