DDR-y... (b)rrrrrrrrrrrrrrrrr...
Najpierw przejazd nad A2, gdzie już na granicy Poznania - na szczęście po drugiej stronie - zaczyna kwitnąć kosteczka. Ale - oczywiście gdybym chciał skorzystać z dobroczynności naszych konstruktorów - musiałbym na odcinku jakichś 700 metrów pokonać 5 par świateł, z czego kilka nie posiada pasa dla rowerów, więc zgodnie z przepisami powinienem tam rower przeprowadzać. No więc... jadę ulicą (dwa światła). Cała ulica Armii Poznań w Luboniu ma zainstalowaną w sobie minę w postaci kontynuacji powyższego, ale poszerzonego o torowiska, krawężniki (jeden na moje oko ma jakieś 10 centymetrów), podjazdy do posesji (czyli falujemy jak na morzu), a do tego poza "sezonem" (hje hje) jest usyfiona najpierw błotem, śniegiem i lodem, a potem ich pozostałościami, które po jakimś czasie zamieniają się w piaskowe hałdy. Kilka lat temu, gdy jechałem tam góralem zaczaił się na mnie gwóźdź, na którym śmiało można by powiesić jakiegoś Kossaka czy innego Malczewskiego. Kosztu nowej opony niestety nie można odliczyć od podatku.
Zaraz za permanentnie zamkniętym przejazdem kolejowym na trasie Poznań - Wrocław zaczyna się Łęczyca. Kiedyś to był w sumie jak na polskie warunki DDR jeszcze do przeżycia, bo po remoncie kilka lat temu pojawił się na nim asfalt. No ale aktualnie PKP buduje kolejny tor, więc... ścieżkę zamknięto. Ale nie, nie, nie ma tak różowo! Zamknięto kawałek, resztę pozostawiając. Jak już się minie kilkaset metrów remontu to można na nią zjechać, oczywiście ryzykując życie, bo przecinając asfalt w poprzek. Jak już się na niej znajdziemy to jest też jedna atrakcja - czerwone światło przy pokonywaniu jakiejś bocznej uliczki - dla rowerzystów zawsze w tym samym kolorze, mimo że w życiu widziałem tam może ze trzy samochody. Aha, jeśli chcemy jechać dalej prosto do Puszczykowa to znów musimy przełajem pokonać szosę, robiąc dość niebezpieczny manewr skrętu pod kątem 90 stopni - kiedyś zimą centralnie się tam wywaliłem na lodzie, na samym środku - na szczęście akurat wyjątkowo nic nie jechało.
Samo Puszczykowo to miodzio - aż do Mosiny kawał zwykłego, nieupstrzonego wynalazkami asfaltu, do tego położonego w WPN. Choć i tu zdarzyło mi się raz, że puszkowy troglodyta zatrzymał się i wykrzyczał, że tu się nie jeździ, bo w centrum Puszczykowa są przecież ścieżki! Szkoda, że szybko się zwinął i nie zdążyłem sięgnąć łokciem lusterka :)
Potem Mosina. Kiedyś miałem możliwość jechania prostu na Żabno, ale aktualnie remontowany jest przejazd kolejowy i trasa jest nieprzejezdna. Więc skazany jestem na... taaak, DDR-a. O którym już kilka razy pisałem, więc w skrócie: asfalt marnej jakości plus kawałki z żużla plus podjazdy plus drogi podporządkowane z ograniczoną widocznością przez żywopłoty plus... myjnia samochodowa. To równanie daje mosiński patent na komfort dla rowerzystów. No cóż - można po prostu nie jechać. Nie można. Jak wół wisi zakaz jazdy rowerem. Zresztą miałem już w tym temacie kiedyś przeboje ze Strażą Wiejską.
Znów kawałek szosą do Pecnej i... DDR. Z asfaltu, który przypomina swoją strukturą bardziej twarz gówniarza w najbardziej zaawansowanym stadium trądzika, do tego z wychodzącymi żyłami zrobionymi z wystających korzeni. Oczywiście na drodze znów zakaz jazdy bicyklem... Osobiście dziś moja psychika powiedziała NIE i po prostu skręciłem w prawo, wybierając jakieś koszmarne boczne drogi - i tak lepsze niż to, co by mnie czekało na tym "prorowerowym" wynalazku...
Powrót wygląda dokładnie tak samo, z tą różnicą, że ciężej jest się wymigać od jazdy po ścieżkach, gdyż położone są one najczęściej wzdłuż mojego toru jazdy... Generalnie na trasie, która ma 50 kilometrów, około 30 z nich to dumnie nazywana przez wszelkiego rodzaju sołtysów i innej maści włodarzy chlewików i poletek z pyrami oraz rzepakiem "polityka dla rowerzystów"... To ja jednak podziękuję, czy mogę być apolityczny? Tym bardziej gdy jadę rowerem szosowym...?
Strasznie długi wpis mi wyszedł - sorry. Ale już mi lepiej po dzisiejszej traumie :)








