Mała UĆ

Niedziela, 18 stycznia 2015 · Komentarze(11)
Rzadko mi się zdarza, że mam cały weekend wolny, a jeśli już tak jest to albo gdzieś wyjeżdżamy poza Poznań, albo nadrabiamy zaległości towarzyskie. Wczoraj postawiliśmy na tę drugą opcję, co - nie da się ukryć - zdecydowanie wpłynęło na moją motywację do porannego wstawania, tym bardziej, że nie mogąc doczekać się na taksówkę zrobiliśmy sobie nocny wyparowujący procenty spacerek z centrum do domu, czyli pięciokilometrowy trening jakiś tam już został zrobiony.

W każdym razie się wyspałem, a jak już otworzyłem oczy to zdecydowanie nie widziałem żadnych przeszkód do jazdy. W właściwie nie widziałem niczego - taka była mgła :) Zjadłem więc śniadanie, wypiłem kawkę, której barwa zlewała się z tym, co za oknem. Odpuścić nie chciało, ja też nie chciałem za późno ruszać, coby dnia nie tracić, więc zamontowałem moje pseudoświatełka i założyłem na łeb słynny Lidlowy kask, bożyszcze sezonowców spod znaku "od maja do września", z lampką na tyle. No i wyjechałem tak ubrany jak choinka, rozglądając się na boki z obawą, że zaatakuje mnie jakiś zapominalski gospodarz, niepewny czy wyrzucił już świąteczne drzewko na śmietnik.

Trasa - "kondomik" (przez Mosinę, Dymaczewo, Komorniki, Stęszew). Uwielbiam jeździć we mgle - tworzy to niesamowity klimat do rozmyślań, tym bardziej gdy jest on wzmocniony jeszcze nastrojową muzyką (dziś towarzyszył mi Jaromír Nohavica oraz Sting ze swoją nową płytą koncertową). Widoczność - jaka widoczność? Ale nie ma co wybrzydzać, bo już w połowie drogi zacząłem nawet widzieć przednie koło w szosie :) A gdy zacząłem się rozglądać to czekało mnie coś, na co dawno się czaiłem - otwarta brama w murze okalającym kościół w miejscowości Łódź (oczywiście nie tej właściwej, tylko wielkopolskiej małej Łodzi - wiochy przed Stęszewem). Niestety sam kościół był zamknięty, ale wreszcie miałem okazję obejść jego otoczenie.

Z tablicy informacyjnej wyczytałem, że nazwa miejscowości pochodzi od rodu rycerskiego - Łodziów, którzy ufundowali tu w XII wieku drewnianą kaplicę, która w XVII wieku runęła, by niedługo później zostać zastąpiona tym, co widać tam aktualnie - do drewna stopniowo dodając elementy murowane. Jako że nie było mi dane zobaczyć wnętrza nie ma sensu opisywać jego elementów, za to niezwykle klimatycznie prezentuje się drewniana dzwonnica (też zamknięta, a szkoda, bo znajdują się w niej dwa zabytkowe dzwony - z 1612 i 1683 roku) - no i mega! grobowiec,


A co mnie ucieszyło? Stojak na rowery! Co prawda najgorszej klasy, czyli wyrwikółek, ale liczy się sam fakt :)

Pokręciłem się, pofociłem i zmyłem, żeby ktoś przypadkowo mi nie zamknął bramy, bo ja tam osobiście na Wałęsę się nie piszę.

Z powrotem liczyłem na pomóc wiatru (już słabego na szczęście). Gdzie tam. Wiał mi bardziej w pysk niż w pierwszej części wyjazdu - wracamy więc do standardowego wniosku, że podmuchy i logika są ze sobą sprzeczne.

Aha - rozwiązałem "dętkową zagadkę" - ostatnio ją po prostu źle założyłem. Przekonałem się o tym przy okazji wymiany opony, którą w dźwięku fanfar dokonałem wczoraj po południu. Stara opona została pożegnana i na wszelki wypadek powędruje do piwnicy ze wszystkimi honorami, bo przejechała ze mną prawie 15 tysięcy kilometrów. W dalszym ciągu nadawała się do użytku, choć nabrała już wszystkich barw tęczy, które ujawniły się spod farby. Tym samym tył i przód roweru już są kompatybilne, w kolorach czarno-czerwonych marki Schwalbe - czyli tej, co do tej pory.


Komentarze (11)

Kurde, a ja muszę kluczami, zębami albo podeszwą. Szczęściarz :)

Trollking 22:50 niedziela, 18 stycznia 2015

Pamiętam, że to piwo mi nie smakowało, a takiego otwieracza nie miałem okazji poznać osobiście. Pewnie dlatego, że piwa same się otwierają na mój widok ;-)

lipciu71 22:40 niedziela, 18 stycznia 2015

Dariusz - było kiedyś piwo Dog in the Fogg, z fajnymi otwieraczami w kształcie psiej budy. Pewnie kojarzysz. Niestety - Cywilizacja Śmierci spowodowała, że ten pies zdechł.

A radość miałem wielką, negował nie będę :)

Trollking 22:19 niedziela, 18 stycznia 2015

Normalnie "biker in the fog" co w wolnym tłumaczeniu przy mojej znajomości angielskiego znaczy - nieustraszony cyklista pędzący w nieznane podczas ograniczonej widoczności w wielkiej radości. Czy jakoś podobnie ;-)

lipciu71 22:10 niedziela, 18 stycznia 2015

Grigor, dzięki :) ale to żadne rozwalanie systemu tylko przykra analiza rzeczywistości. Już czekam na te smaczki, które zaczną kwitnąć właśnie od maja na ddr-ach :)

Trollking 20:09 niedziela, 18 stycznia 2015

"od maja do września" hahaha - rozwalasz system :-) Dobry trip, a o średniej nie wspomnę.

grigor86 19:39 niedziela, 18 stycznia 2015

No to się zgadzam, przynajmniej w kwestii średniaków rowerowych i upierdliwości licznika :)

Trollking 19:17 niedziela, 18 stycznia 2015

Angelino - dziękuję za opinię, choć pięknie pomyka się pewnie na sprzętach wysokiej klasy, ten mój budżetowy szoszon daje tylko namiastkę cudnej jazdy...

Remik - no to super. Może kiedyś sam będę miał okazję Ci te okolice pokazać skoro tam jeszcze nie kręciłeś :)

Trollking 19:01 niedziela, 18 stycznia 2015

Zapisuję sobie Uć i ten kościół do miejsc do odwiedzenia :)

rmk 15:48 niedziela, 18 stycznia 2015

Na takiej kolarzówce to się pięknie pomyka.

angelino 15:45 niedziela, 18 stycznia 2015
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa zisie

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]