Pechoglut

Wtorek, 13 stycznia 2015 · Komentarze(5)
Ten dzień już na start zaczął się podejrzanie. Słoneczko, kilka stopni na plusie, wiatr jeszcze mocny, ale już nie tak jak ostatnio. Coś tu musiało nie zagrać.

No i nie zagrało. Najpierw kwestia wyjechania z domu. Dębiec aktualnie wygląda jak poligon doświadczalny dla upośledzonych psychicznie bachorów nieogarniających na czym polega zabawa w piaskownicy. Budowa przejazdu podziemnego pod torami odbywa się jakby przy zupełnej ignorancji PKP, która wyznacza wahadła i objazdy jakby specjalnie tak, żeby było jak najmniej wygodnie mieszkańcom, budowlańcom zapewniając warunki cieplarniane. W związku z tym przejazd przez jedną ulicę, który do tej pory trwał u mnie minutę trwa przy dwóch wahadłach minut minimum dziesięć przez około kilometrowy objazd. To standard. Dziś dodatkowo zamknął mi się przed pyskiem jeden przejazd kolejowy, a za chwilę drugi z klasyczną atrakcją - stało się to, co zazwyczaj - ostatni wagon nagle się zatrzymał i blokował przejazd przez jakieś 5 minut.

Tak więc łącznie pokonanie (kiedyś) 300 metrów zajęło mi ponad 15 minut.

No dobra, to będzie z górki, pomyślałem. Naiwniak. W okolicach czwartego kilometra od domu, na DDR-ze na wysokości Szacht najechałem prawdopodobnie na krawężnik (bo na co) i poczułem, że dętka natychmiast udała się na łono Abrahama. No to co - wysepka pomiędzy światłami moja, ja rower do góry kołami i zabieramy się do wymiany w błocku. Sukces był połowiczny - gumę wymieniłem, ale już napompować jej za pomocą mojej pseudopompeczki jak się okazało się po prostu NIE DA. Po kilkunastu próbach rzuciłem to wszystko w diabły, zapakowałem rower na plecy i udałem się w kierunku domu. Po trzech kilometrach upojnego spacerku wpadłem na pomysł, że przecież mogę odwiedzić po drodze znajomy serwis - i tak zrobiłem. Po raz kolejny zostałem uratowany przez chłopaków - dzięki wielkie! Okazało się, że podczas moich walk z pompeczką wykrzywiłem wentyl, więc dobicie do powyżej 6 atmosfer spełzało na niczym, ale ważne, że dało się w ogóle jechać. Postanowiłem więc wykorzystać ten kawałek czasu, który mi pozostał i jeszcze się przejechać, co prawda z duszą na ramieniu, bo bałem się o stan i tak dogorywającej już opony. Zrobiłem kółeczko przez Luboń, Wiry, Komorniki do Szreniawy, pokręciłem się po Rosnowie i wróciłem. Na szczęście już bez przygód.

Wczoraj wykręciłem gluta z powodu pogody. Dziś objętościowo to samo, ale z powodu tego, co mi się wydarzyło - pechogluta. W sumie - jako że po powrocie i przed pracą zdążyłem jeszcze wziąć ekspresowy prysznic mogę uznać, że był to pierwszy mój triathlon w tym roku.

Komentarze (5)

He he, no tak. Na Dębcu występuje klasyczna nomenklatura. Ewentualnie lekko zwulgaryzowana :)

Trollking 19:42 wtorek, 13 stycznia 2015

Wykres przedstawia fallusa a nie pechogluta. Chyba, że na Dębcu się tak na niego mówi ;P

rmk 19:34 wtorek, 13 stycznia 2015

Norbert - piękna wariacja :) niestety prawdziwa :/

Dariusz - no to miałeś Kumulację Zła - pogoda, brak roweru i dentysta. Ja bym pewnie już leżał z podciętymi żyłami, a moimi zwłokami zajmowałby się odpowiedni zakład (patologii). A Ty się trzymasz, gratuluję :)

Trollking 19:20 wtorek, 13 stycznia 2015

Ale jednak jakieś kilometry dołożyłeś do ogólnego rozrachunku. Ja dzisiejszy dzień z góry miałem skazany na porażkę. Rano wstałem, za oknem słoneczko, a moja szosa w serwisie bo okazuje się że scott zrobił akcję wymiany karbonowych widelców w niektórych seriach i mój się na to łapie, ale to jeszcze bym przeżył bo MTB sprawne. Niestety wczoraj wieczorem przypomniałem sobie o porannej wizycie u stomatologa w dniu dzisiejszym i tym samym dzień aktywności sportowej miałem z góry skazany na porażkę. Jak sobie o tym wszystkim pomyślałem siedząc w gabinecie na fotelu to z wrażenia zrzuciłem kubek z wodą. Doktor nie był z tego faktu tak do końca szczęśliwy :-)

lipciu71 18:26 wtorek, 13 stycznia 2015
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa ynimi

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]