Pechoglut
No i nie zagrało. Najpierw kwestia wyjechania z domu. Dębiec aktualnie wygląda jak poligon doświadczalny dla upośledzonych psychicznie bachorów nieogarniających na czym polega zabawa w piaskownicy. Budowa przejazdu podziemnego pod torami odbywa się jakby przy zupełnej ignorancji PKP, która wyznacza wahadła i objazdy jakby specjalnie tak, żeby było jak najmniej wygodnie mieszkańcom, budowlańcom zapewniając warunki cieplarniane. W związku z tym przejazd przez jedną ulicę, który do tej pory trwał u mnie minutę trwa przy dwóch wahadłach minut minimum dziesięć przez około kilometrowy objazd. To standard. Dziś dodatkowo zamknął mi się przed pyskiem jeden przejazd kolejowy, a za chwilę drugi z klasyczną atrakcją - stało się to, co zazwyczaj - ostatni wagon nagle się zatrzymał i blokował przejazd przez jakieś 5 minut.

Tak więc łącznie pokonanie (kiedyś) 300 metrów zajęło mi ponad 15 minut.
No dobra, to będzie z górki, pomyślałem. Naiwniak. W okolicach czwartego kilometra od domu, na DDR-ze na wysokości Szacht najechałem prawdopodobnie na krawężnik (bo na co) i poczułem, że dętka natychmiast udała się na łono Abrahama. No to co - wysepka pomiędzy światłami moja, ja rower do góry kołami i zabieramy się do wymiany w błocku. Sukces był połowiczny - gumę wymieniłem, ale już napompować jej za pomocą mojej pseudopompeczki jak się okazało się po prostu NIE DA. Po kilkunastu próbach rzuciłem to wszystko w diabły, zapakowałem rower na plecy i udałem się w kierunku domu. Po trzech kilometrach upojnego spacerku wpadłem na pomysł, że przecież mogę odwiedzić po drodze znajomy serwis - i tak zrobiłem. Po raz kolejny zostałem uratowany przez chłopaków - dzięki wielkie! Okazało się, że podczas moich walk z pompeczką wykrzywiłem wentyl, więc dobicie do powyżej 6 atmosfer spełzało na niczym, ale ważne, że dało się w ogóle jechać. Postanowiłem więc wykorzystać ten kawałek czasu, który mi pozostał i jeszcze się przejechać, co prawda z duszą na ramieniu, bo bałem się o stan i tak dogorywającej już opony. Zrobiłem kółeczko przez Luboń, Wiry, Komorniki do Szreniawy, pokręciłem się po Rosnowie i wróciłem. Na szczęście już bez przygód.
Wczoraj wykręciłem gluta z powodu pogody. Dziś objętościowo to samo, ale z powodu tego, co mi się wydarzyło - pechogluta. W sumie - jako że po powrocie i przed pracą zdążyłem jeszcze wziąć ekspresowy prysznic mogę uznać, że był to pierwszy mój triathlon w tym roku.








