Bo w mieście nudno być nie może
A tak poza tym to jechało się w miarę fajnie - a już na pewno nie było nudno. Po przeciśnięciu się przez Poznań i ten cholerny Swarzędz kawałek na Kostrzyn pokonałem pod silny wiatr, ale bez specjalnych przeszkód. W Siekierkach - w momencie gdy podmuch miałem chwilowo w plecy - udało mi się na prostej, bez kawałka pochyłu, rozkręcić do 50 km/h, co na płaskich terenach zawsze mnie cieszy. Zrobiłem kółeczko do Tulec, potem na Krzesiny i do Poznania. Właśnie w Krzesinach, na wąskiej drodze, gdzie ledwo mijają się dwie osobówki, jakiś troglodyta w ciężarówce postanowił jadąc z naprzeciwka wyprzedzić traktor, tak jakbym nie istniał. Gdybym się nie zatrzymał to pewnie teraz moje kawałki z asfaltu zeskrobywałby specjalny oddział drogówki. Na szczęście lata poruszania się rowerem nauczyły mnie jeździć z wyobraźnią, więc żyję - ale tym razem w kierunku idioty poleciało sporo, szkoda, że nie wożę ze sobą w kieszonkach jakiegoś skromnego zestawu kamieni, bo wiedziałbym co z nimi zrobić...
A na koniec z atrakcji były jeszcze dwie. Na ścieżce przy Hetmańskiej jak gdyby nigdy nic trzymając w jednej ręce telefon i pisząc smsa, w drugiej kierownicę, jadąc środkiem z prędkością 5 km/h, pojawił się przede mną kurier-hipster, w spodniach rurkach, gejowskich okularkach i obowiązkowym fryzem na boczek. Żeby go wyprzedzić musiałem się sporo napocić, bo koleś na rzęsach by chyba szybciej się przemieszczał. Jeśli takie nam pokolenie kurierów rośnie to ja rezygnuję z nadawania czegokolwiek. Druga atrakcja - pogoda ładna, więc misja działeczka trwa. I nie będą nam - Koneserom Trzeciego Wieku - rowerzyści pałętać się po ścieżkach rowerowych! :)

Nie wiem, może te niebieskie znaczki za mało widoczne są, czy co... :)








