Urlop - Karkonosze 2014. Michałowice i Chojnik
Do Piechowic dojechałem Trasą Czeską, potem kawałeczek w dół i zaczął się sens poniedziałkowej wyprawy. Chyba niedawno odbywał się tu jakiś maraton, bo na asfalcie pełno było napisów: "ktośtam dajesz!" czy "cośtam team, do przodu!", jednak mnie najbardziej urzekł ten z samego początku o treści: "Nowy ogień w dupie!" :)
Kręciłem sobie pod górkę i kręciłem, w sumie dosłownie, bo kilkukilometrowa wspinaczka tam to głównie serpentynki, spoglądałem sobie w dół i cieszyłem się jak dziecko, że jadę. Tym bardziej, że były też takie atrakcje, uchwycone w biegu:

W końcu dotarłem do góry, pogratulowałem sam sobie i cyknąłem fotkę z widoczkiem. Było to jednocześnie ostatnie ujęcie górala z lusterkiem, bo chwilę później zerwał się silny wiatr, przewrócił rower, a lusterko (co mnie nawet nie zdziwiło myśląc o ostatnich dniach) skończyło w kawałkach pod kierownicą.

Cieszyłem się na zjazd, który w końcu nadszedł, ale niestety - droga do Jagniątkowa w znacznej części to po prostu muldy z asfaltu i bardziej można tam ćwiczyć uniki niż szybką jazdę. A już na końcu, przed Sobieszowem - ha! Remont...
Kilometrów było mi mało, więc ruszyłem jeszcze w kierunku Sosnówki, cykając w pędzie fotkę zalewu:

Najfajniejszy był powrót, bo od Miłkowa miałem wiaterek w plecy i nadrobiłem trochę średnią, która - jak przez cały wyjazd - miażdżyła.
A po południu jeszcze - już pieszo - wyprawa na Zamek Chojnik. Niestety ktoś wpadł na pomysł wybrukowania zielonego szlaku, co osobiście mi się w głowie nie mieściło, cóż, świat się kończy :/ Ale abstrahując od tego: przyjemną fotkę z góry udało się jak zwykle cyknąć:


A na deser: Stawy Podgórzyńskie, do których zrobiliśmy sobie spacer z Cieplic. Oj, spałem potem tego dnia jak dziecko :)









