Po-pomorski powrót do żywych
Wtorek, 15 lipca 2014
· Komentarze(2)
Wróciłem z krótkiego wypadu do Trójmiasta, gdzie jedynym co łączyło mnie ze sportem to spacery, których w sumie mało nie było, bo wyszło mi przez trzy dni ponad 30 kilometrów. Żonie ciut mniej, ale i tak szacuneczek, że dała radę. Oprócz wybitnie turystycznego w negatywnym rozumieniu Sopotu, gdzie bydło przewalało się falami, a za wejście na kawałek drewna zwanego molo życzą sobie dobrych kilka złotych ogarnęliśmy też głównie atrakcje Gdańska, a także tamtejsze ZOO (to już tradycja każdego wyjazdu). Zboczenie zawodowe kazało mi obserwować i oceniać stan infrastruktury rowerowej, tak chwalonej przez wszystkich speców od tej tematyki. I powiem, że prócz zaniedbanego pod tym względem centrum to wszystkie dzielnice poboczne z tego co widziałem mają naprawdę genialne ścieżki, nie takie barachło jak u nas, tylko z gładziutkim asfaltem, wydzielone od pasa dla pieszych zielenią, są też kontrapasy, no miodzio... Nie wiem co prawda jak to się sprawdza w praktyce, tego jak zweryfikować nie miałem, może w przyszłości.
Dziś już wróciłem do rowerowego życia, dwa dni pozwoliły na mały głodek, więc jechało mi się niezwykle przyjemnie, pomimo wiatru zmieniającego kierunek z pasją schizola oraz znów już dość wysokiej temperatury. Zrobiłem "samochodzika" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin i Luboń, cisnąłem tak sobie, bez specjalnej spinki, wyszło w miarę ok. Ciśnienie podniosło mi się tylko raz na końcu, gdzie na wiadukcie nad A-2 jacyś zapuszkowani nadgorliwcy uwiesili się na klaksonie, tak czysto po polsku, żeby pokazać mi moje getto na pasie pieszo-rowerowym... Na światłach zatrzymałem się przy nich i niezwykle kulturalnie (o dziwo) wytłumaczyłem, że mają spadać na drzewo i kolejny dźwięk klaksonu nad uchem może skończyć się moim nerwowym tikiem na wysokości lusterka. Eh, dobrze wrócić do normalności :)
Na koniec zdjęcie znad morza - opisująca w jakich warunkach czuję się jak ryba w wodzie:

Dziś już wróciłem do rowerowego życia, dwa dni pozwoliły na mały głodek, więc jechało mi się niezwykle przyjemnie, pomimo wiatru zmieniającego kierunek z pasją schizola oraz znów już dość wysokiej temperatury. Zrobiłem "samochodzika" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin i Luboń, cisnąłem tak sobie, bez specjalnej spinki, wyszło w miarę ok. Ciśnienie podniosło mi się tylko raz na końcu, gdzie na wiadukcie nad A-2 jacyś zapuszkowani nadgorliwcy uwiesili się na klaksonie, tak czysto po polsku, żeby pokazać mi moje getto na pasie pieszo-rowerowym... Na światłach zatrzymałem się przy nich i niezwykle kulturalnie (o dziwo) wytłumaczyłem, że mają spadać na drzewo i kolejny dźwięk klaksonu nad uchem może skończyć się moim nerwowym tikiem na wysokości lusterka. Eh, dobrze wrócić do normalności :)
Na koniec zdjęcie znad morza - opisująca w jakich warunkach czuję się jak ryba w wodzie:









