Generalnie podczas tych dni, gdy podmuchy są z północnego wschodu, a ja w związku z tym decyduję się jechać przez Poznań, żeby wracać z wiatrem, moja miłość do jazdy rowerem spada o jakieś 23,57%. No, może nawet o kolejne 0,02% :) Czemu? Bo czuję się w jakimś koszmarnym filmie z codziennym motywem deja vu, który wygląda mniej więcej tak: startuję z Dębca i pierwsze 4 kilometry wzdłuż Drogi Dębińskiej pędzę w okolicach 30 km/h. To jak w horrorze klasy C, gdzie wszyscy są na samym początku szczęśliwi i radośni, a my już wiemy, że za chwilę zostaną zmasakrowani przez jakiegoś Freddiego Kruegera albo zjedzeni przez nisko przelatującego pterodaktyla. Moim Kruegerem jest odcinek między AWF-em a wyjazdem za Maltę. Korki - raz. "Ścieżki" - dwa. Piesi na nich - trzy. Hipsterzy w rurkach na swoich miejskich rowerkach mający mózgi służące do włączenia ajfona i niczego więcej, a już na pewno nie do przyswojenia przepisów ruchu drogowego - cztery. Światła - pięć. Mógłbym tak jeszcze wyliczać i wyliczać, ale po co? Chyba każdy z nas to zna. Tu mam jednak kwintesencję, a są to dla mnie chyba najgorsze 3 kilometry w Poznaniu.
Jak już jestem "za" to czuję się jak zgwałcony przez Korwina. Chłonę każdy element asfaltu, gdzie nikt mnie nie zmusza do jazdy po kostce lub między korzeniami, jedyne co muszę kontrolować to trzymanie prawej strony i zerkanie co jakiś czas za siebie na samochody. Dziś tak właśnie robiłem jadąc do Kostrzyna przez Swarzędz, wiatr wiał mi dość mocno w twarz, ale cieszyłem się, że tylko to mi w jeździe przeszkadza. No, ewentualnie zwężenia spowodowane rozbudową "92", które jednak motywują do naciśnięcia na pedały w momencie gdy za sobą słyszę nerwowe parskanie silników. Generalnie miałem wracać wstępnie tą samą trasą, jednak wciąż z tyłu głowy miałem wizję ponownej jazdy przez to, co opisane akapit wyżej. W Kostrzynie szybka decyzja - w celu zachowania resztek równowagi psychicznej dezerteruję, odbijam w bok i wracam przez Siekierki i Tulce, co prawda robiąc 6 kilometrów więcej, ale za to między polami, wsiami i moimi obowiązkowymi towarzyszami- latającymi nad głową F-16-tkami. Była to decyzja najlepsza, jaką mogłem podjąć, mimo ostatniego kawałka przez Starołękę która jest zupełnie osobną bajką do opowiedzenia, ale to może w przyszłości :)
Komentarze (2)
A dzięki, odcinek Kórnik - Mosina znam aż za dobrze, ale Kostrzyn - Kórnik, hm, tego jeszcze nie testowałem, nadrobię. Spasiba :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"