Cross-no! Czyli podpoznańskie Krosno i "nie!" dla pewnej ścieżki
Gdy już na nim się znalazłem poczułem się jak jakiś król albo panisko. Rozsiadłem się wygodnie, łapy rozłożyłem przed siebie i w pierwszej sekundzie już chciałem sięgać po pilota i browara, gdy w drugiej powiew wiatru wygładzając wszystkie zmarszczki na uszach przypomniał mi gdzie jestem :)
Znów ten oto wiatr miał być z kierunku "x", a był z kierunku "y", gdzie "y" oznacza "zawsze w pysk". Centralnie zmienił mi się na odwrocie, ale nie mogłem popuścić, choć pewnie za słabą średnią na tym właśnie rowerze sam bym siebie nie ukamienował. Trasę wybrałem sobie na południowy zachód, a serdecznie pozdrowiłem podmuch z zachodu, południowego wschodu i dużą dawkę północnego. Ot, normalka :)
Ale za to temperatura była genialna - jakieś 12 stopni, kałuże z tych małych, aczkolwiek upierdliwie przyjemnych, chmury tworzące malownicze bałwany - rewelacja. Pojechałem przez Mosinę do Iłówca, mijając słynną dla mnie ścieżkę rowerową przez Krosno, ale o niej później. Walczyłem jak mogłem i mimo zwiewania mnie z trasy udało się połowę dystansu zakończyć ze średnią 26,9 km/h i z chrapką na odpoczynek podczas powrotu. Taaaa... Pozdrawiam wiatr z kierunku "y".
Jazda pod wiatr miała miała jedną zaletę - miałem więcej czasu na podziwianie tego, co wokół mnie. I teraz zagadka: co to za miejsce?

Ładne, prawda? A to pozostałości po jakimś parczku przyległym do (chyba) upadłego już dawno PGR-u w Iłówcu, ukrytego za zamkniętą na cztery spusty bramą.
Jechałem, zerkałem sobie w niebo i na boki, aż w końcu szlag mnie trafił i wjechałem na chwilę do lasu, gdzie czując jego zapach poczułem, że żyję.


No i tak właśnie dojechałem swoim sfatygowanym czasem crossem do Poznania. W międzyczasie sponad szprych usłyszałem skrzypienie rowerka, jakby nie było miłośnika sportu, o obiecaną w końcu fotkę z jakąś drużną. No to ma: :)









