Info
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj8 - 12
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 63.25km
- Czas 02:15
- VAVG 28.11km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 171m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ale ur(y)wał!
Niedziela, 8 października 2017 · dodano: 08.10.2017 | Komentarze 6
Wczoraj wspominałem, że stęskniłem się za szosą, ale szczerze pisząc to trochę inaczej wyobrażałem sobie powrót na ten rodzaj roweru. Dzisiaj znów od rana padało, wypogodziło się dopiero około południa (wtedy ruszyłem), ale wiatr uspokoić już się nie zamierzał i sprawił, że ja byłem kawa, a on młynek. Taka alternatywna wersja sloganu, bez lokowania produktu :)
Pierwszą połowę przeżyłem schowany za barankiem, byle przetrwać. Tak było od Poznania przez Plewiska, Zakrzewo i Sierosław gdzieś do Więckowic, tam na chwilę odżyłem, do Dopiewa nawet przez chwilę powiew pomagał, ale już dalej zmienił kierunek na wybitnie północno-zachodni i tak został, czochrając mnie potwornie, szczególnie pod sam koniec, na odcinku Gołuski - Komorniki - Plewiska, gdzie znów momentami stałem w miejscu lub poruszałem się z prędkością kontuzjowanego ślimaka. Serdecznie dziękuję za te doznania, szosa już mniej nęci :) Zdjęć nie ma, poza tymi z trasy na Relive, bo po pierwsze oszczędzania ciąg dalszy, a po drugie widok przewianych pól jest mało zajmujący.
Dystans całkowity zawiera jeszcze 11 kilometrów kręcenia po mieście, gdyż musiałem pyknąć się na PKP, podjechałem też crossem na myjkę, żeby sprawdzić jaki był pierwotny kolor malowania ramy. Już sobie przypomniałem, choć to nie oznacza, że potrafię go nazwać, a moje wrodzone życiowe szczęście znów się objawiło - chwilę potem, jak wyjechałem z BP zaczęło lać :) No ale na pewne rzeczy nie mam wpływu, zresztą nie tylko ja, gdyż przed chwilą usłyszałem na przykład z ust Hajty, że "to nie był błąd Glika, to był błąd murawy" :)
- DST 51.80km
- Czas 01:59
- VAVG 26.12km/h
- VMAX 54.50km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 185m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Prokolumbowo
Sobota, 7 października 2017 · dodano: 07.10.2017 | Komentarze 6
Dzisiejsze rowerowe "coś" wpisuje się w kategorię "powtórka z rozrywki", czyli wersja wczorajsza, rozszerzona. Tak samo od rana padało, tak samo musiałem być w robocie po południu, tam samo ruszyłem w sekundę po zobaczeniu pogodowej luki, tyle że pół godziny wcześniej, więc starczyło czasu na powiększenie gluta o brakujące do klasycznych pięciu dych kilometry. Co prawda moja dzisiejsza trasa wygląda jak spacer konesera szato de jabol o czwartej nad ranem, na tyle, że nawet Relive się pogubiło pod sam koniec wykreowanego automatycznie przekazu z drogi, ale co moje to moje.
Chciałem jechać szosą, bo już się stęskniłem, jednak strumienie na drogach przekonały mnie, że są jednak w życiu mądrzejsze decyzje, które mogę podjąć, typu dylemat: jaki zapas złocistego trunku sobie przygotować na zbliżający się urlop :) No i znów wylądowałem na crossie. Początkowo był to plus, gdyż solidny błotnik pozwalał na oszczędzenie czterem literom mokrych wrażeń, jednak gdy zaczęło się wypogadzać zacząłem żałować, bo chciało się przyspieszyć, a nie było (na) czym.
Jednak nie ma tego złego - postanowiłem skorzystać z okazji i znów poznać nowe fyrtle. Po wyjeździe z Dębca ruszyłem przez Luboń i Wiry do Komorniki, gdzie zainteresował mnie jeden, dotąd dziewiczy skręt... Chwilę później wracałem jak niepyszny osiedlową dróżką i znów wylądowałem na poprzednim szlaku. Nie poddawałem się i kawałek dalej skręciłem w kierunku Gołuchowa, jak zwykle z radością, mimo że tu po raz pierwszy, witając DDR-kę z kosteczki, która - trzeba przyznać - zamieniła się w asfaltową. Raj szosowca? Taaaa, szczególnie przy tak sprytnie skonstruowanym zjeździe :) Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu, tu, tu, tu, jak śpiewał klasyk.
Po tysiącu zakrętów i minięciu serwisówek, Gołusek, Palędzia, Dąbrówki, Zakrzewa i dotarciu do Dąbrowy nastąpiła próba numer trzy odkrycia nowego świata, a ja niczym podpoznański Kolumb (mimo że dziś szerokim lukiem ominąłem ulicę o tej nazwie) znów zrobiłem błąd w wyborze drogi :)
Odechciało mi się eksperymentów na dziś, tym bardziej, że czas naglił, wróciłem więc przez Skórzewo, Plewiska i Komorniki do domu, z którego wystartowałem do pracy. Pod koniec znów zaczęło kropić.
Zapobiegliwie nie prałem wczoraj ciuchów, które dziś otrzymały kolejną dawkę zła, niczym jeżycki pener po wieczornym spacerze po dzielni. Ryj musiałem ogarnąć. więc między zębami pojawiła się świeżutka warstewka błota, wody oraz smakowitego piasku przygotowanego dzięki specjalnej recepturze, z wykorzystaniem bieżników jadących przede mną aut.
Żadne modne spa, żadne tan łellnesy, nie dadzą Ci tego, co w deszczu ekscesy :)
- DST 32.00km
- Czas 01:13
- VAVG 26.30km/h
- VMAX 42.50km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 108m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut głodek
Piątek, 6 października 2017 · dodano: 06.10.2017 | Komentarze 11
Wczoraj czas oczekiwania na wizytę niechcianego kolegi o ksywie Ksawery minął mi nierowerowo z powodu deszczu, o którym krakałem w środę. Nie było to komfortowe mentalnie, ale w końcu nawet moje nogi mają prawo do odpoczynku, bo od maja nie miałem dnia przerwy w kręceniu. Sam nie wiem jak to się stało :) Jednak żeby nie zapomnieć na czym polega cała ta zabawa, wsiadłem sobie przed pracą na chomika i godzinkę pokręciłem ze średnią w okolicach 31 km/h, co podaję jako informację kompletnie nieistotną dla ludzkości, a w sumie i dla mnie :) Za to w końcu doceniłem fakt posiadania HBO GO, bo przy serialach czas na stacjonarce zdecydowanie szybciej leci.
Dzisiaj też nic nie zapowiadało, ze wyjadę - od rana lało i lało. Już wyciągałem żyletki z zamiarem wykonania rytualnego samobójstwa, gdy nagle w okolicach 10:30 nastąpiło małe przejaśnienie. Na sekundę, ale już byłem przy drzwiach, z crossem w łapie :) Czasu miałem przed wystartowaniem do roboty niewiele ponad godzinę, więc wyjątkowo żaden wiatr mi nie był groźny... Nooo dobra, był groźny, bo ledwo jechałem, a do kompletu oczywiście chwilę po stracie lunęło, co w ogóle mnie nie zdziwiło :) Tak wyglądała wyłysiała po jednym orkanie drzewna aleja za Plewiskami, do których trafiłem w pierwszej kolejności...
Kawałek dalej, gdy zbliżałem się do serwisówek na styku Gołusek, Palędzia, Głuchowa i Komornik, niebo prezentowało się już bardziej sympatycznie.
A następnie wyszło słońce :/ No zgłupieć można.
Dokręciłem do domu znów przez Plewiska, z jednej strony znów ubabrany jak prosiak, z drugiej zadowolony z siebie, że zdecydowałem się na wykorzystanie luki na choćby tego gluta, bo już bym gryzł - głodek był (nie mylić z Godek Kają, obrończynią plemników nienarodzonych, bo wtedy wolałbym w ogóle się nie urodzić, a co za tym idzie/jedzie - nie wyjechać).
Wolno, bo wolno, czołgiem, bo czołgiem, znów rowerowo odżyłem. Ksawery popozostawiał po sobie sporo syfu i gałęzi na DDR-kach, z czego wynika jeden jedyny morał, który pozwoli uniknąć na przyszłość tego typu sytuacji - zlikwidować DDRki :)
- DST 53.20km
- Czas 01:53
- VAVG 28.25km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 237m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Szaro-b(zd)uro
Środa, 4 października 2017 · dodano: 04.10.2017 | Komentarze 10
Kolejny dzionek, który musiałem rozpocząć wcześniej (już się lekko od tego odzwyczaiłem) niż ostatnio. Z tym, że słowo "musiałem" jest dość pojemne i zamiast - jak planowałem - ruszyć po ósmej, udało mi się to dopiero pół godziny później. Ale i tak zdążyłem do pracy, czym zasłużyłem na miano amatorskiej wersji Bolta, tylko ciut bielszej i wolniejszej :)
Zimno się zrobiło - po raz pierwszy w drugiej połowie roku założyłem rękawiczki długopalczaste. Wiatr... cóż, może nie będę rozwijał tematu, wystarczy spojrzeć na średnią, która jest, jaka jest, a i tak wymagała ode mnie sporej porcji sapania. Trasę wykonałem dziś w wersji "kondomik", ale odwrotnie, zaczynając po wyjeździe z Dębca od kierunku na Komorniki, potem Szreniawa, Stęszew, Łódź, Dymaczewo, Mosina, Puszczykowo, Luboń (jak zwykle upojnie) i do domu. Zdjęć nie robiłem, ale jakby ktoś miał przemożną chęć na odtworzenie dzisiejszych warunków to należy pójść do jakiegoś marketu typu Tesco, udać się do działu z papierem toaletowym. odnaleźć ten najtańszy z najtańszych, taki szary i twardy, przy którym nawet szanujący się facet może nieświadomie utracić dziewictwo, rozwinąć i już - tak wyglądało dziś niebo :)
Przed Dymaczewem wyminął mnie radiowóz, nawet przepisowo, ale w oczy rzuciły mi się niezapalone światła. Próbowałem podkręcić tempo, dogonić i zaproponować mandacik, ale niestety byłem z góry skazany na porażkę. Szkoda, bo chciałem przy okazji pogratulować nowych standardów pod płaszcz(aki)em dobrej zmiany. No nic, pewnie jeszcze będzie okazja, choć wolałbym w sumie jej nie mieć :)
Jutro ma cały dzień lać, więc zapewne czeka mnie niechciany odpoczynek :/
- DST 51.95km
- Czas 01:58
- VAVG 26.42km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 252m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Błotoświniak :)
Wtorek, 3 października 2017 · dodano: 03.10.2017 | Komentarze 11
Miało padać i padało. Ja musiałem do pracy i... musiałem. 100% sprawdzalności, cholera jasna :)
Do ósmej rano jeszcze kropiło, co idealnie zgrywało się z przyciąganiem łóżka. Jednak chwilę później przestało i nie było wyjścia - zwlokłem się niczym bohaterka filmu "Klątwa", dopełznąłem do crossa, ogarnąłem go, ubrałem się w zestaw przeciwdeszczowy i ruszyłem.
Zupełnie nie miałem pomysłu na wybór kierunku, ale że wiatr wiał z południowego zachodu to wybrałem się przez Luboń do Puszczykowa, zahaczając jeszcze o tzw. Stare Puszczykowo, czyli po prostu całkiem solidną hopkę i już mniej imponujący zjazd. Chlupało mi fajnie pod kołami, a leżące w coraz większych ilościach liście wyglądały może i spoko, ale zaczyna się sezon na kontuzje, bo jakbym kręcił szosą to co najmniej jedna gleba byłaby moja.
Przed Mosiną coś mi wpadło do łba i skręciłem w kierunku Jezior, czego już po chwili pożałowałem, bo podejmując tę decyzję zapomniałem o stanie "asfaltu" na tym kawałku. No ale był ratunek - leśna droga wzdłuż niego, a na nim błocko, błocko, błocko. Mniam :) Bawiłem się przednio, zaliczając spory terenowy element wypadu.
Jednak szkoła życia była dopiero przede mną - kto kiedykolwiek jechał pełen odcinek Greiserówką ten wie, o czym piszę :) Moje wieloletnie doświadczenia mówiły mi, iż bez ryzyka dla życia da się nią kręcić jedynie w wersji Jeziory - Komorniki, czyli tak jak na fotce. Czemu? \Wystarczy napisać, że to coś jest dwukierunkowe, ruch wcale nie jest mały, a rzadko który właściciel puszki zniży się do poziomu zrozumienia rowerzysty i łaskawie zjedzie na pobocze. Przerabiałem odwrotną wersję i spróbuję raz jeszcze dopiero, gdy z powierzchni ziemi zniknie ostatni samochód. Mogę się nie doczekać :)
Smaczek na sam koniec Greiserówki. Adolfiku, dziękujemy :)
Gdy już doszedłem do siebie, a w sumie zrobiło to wszystko, co mi się trzęsło, zdecydowałem, że dokręcę drugą połowę już bardziej cywilizowanymi szlakami - czyli z Komornik do Rosnowa i Chomęcic, tam nawrót w kierunku serwisówek, Gołusek, Plewisk i do domu.
Ubabrałem się jak świnia, bawiłem się jak prosiak. Czyli było fajnie :) I nawet zdążyłem do roboty.
Relive z tej pokręconej trasy TU.
- DST 56.30km
- Czas 01:54
- VAVG 29.63km/h
- VMAX 53.10km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 243m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ostatki
Poniedziałek, 2 października 2017 · dodano: 02.10.2017 | Komentarze 6
Dziś miałem ostatnią w tym tygodniu okazję na porządne wyspanie się i wyruszenie na rower bez patrzenia na zegarek z obawą, czy zdążę do roboty. Dobre się szybko kończy, póki co mój limit odebranych nadprogramowych dni się wyczerpał, więc jutro czas normalnie iść do pracy. Ale i tak podobno ma padać, więc smuteczek jakby mniejszy.
Jechałem jeszcze w całkiem miłych warunkach, nie zmokłem, nie lepiłem bałwanka, nie zdychałem od upału. Przyzwoite kilkanaście stopni, idealne do ubrania się w strój na krótko z długą bielizną termo - to lubię. Wydawało mi się nawet początkowo, że uda mi się oszukać wiatr, gdyż uknułem sobie, iż jeśli on wieje z południowego wschodu, a i tak będzie chciał mnie podczas powrotu zgnoić, to jak ruszę na południowy zachód to może się pogubi i choć przez połowę drogi będzie wiał mi w plecy. No i co? Zorientował się :)
Jednak - coby nie pisać - było całkiem ok, choć zabrakło tej kropki nad "i" lub wyroku skazującego na aktualnie rządzący w PL polityczny drób, czyli dobicia do średniej w okolicach trzech dych. Nic to, ważne, że pokorzystane i pokręcone na jednej z ulubionych tras, czyli "kondomiku" (Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Łódź - Dymaczewo - Stęszew - Komorniki - Plewiska - Poznań), tym razem z wariacjami, bo w końcu skończyli remont kawałka drogi między Komornikami a Plewiskami i jadąc przez Rosnowo da się ominąć najgorsze komornickie korki. Szatanu niech będą dzięki.
Zdjęć nie ma, bo oszczędzam :)
- DST 56.50km
- Czas 01:56
- VAVG 29.22km/h
- VMAX 52.90km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 241m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
DeDRengolada :)
Niedziela, 1 października 2017 · dodano: 01.10.2017 | Komentarze 5
O dziwo początek miesiąca zakończył się podobnie jak końcówka poprzedniego, czyli po prostu fajnie. Pogoda spoko, słońce niegorszące, tylko południowy wiatr wrócił do swojego ulubionego stanu, czyli upierdliwego, lecz bez przesady. Byłby idealne warunki do kręcenia (i w sumie były), ale zniesmaczył mnie czynnik ludzko-industrialny, przez który dzisiejszy wynik nie jest taki, jaki mógłby być. Choć z drugiej strony nie zamierzam narzekać, a jedynie pokontestować rzeczywistość :)
Na samym początku, jeszcze na Dębcu, spotkało mnie prawie dokładnie to, co wczoraj, lecz dziś za kierownicą siedziała istota płci męskiej. Ja naprawdę jestem w stanie uwierzyć (łatwe to nie jest), że można mnie nie widzieć z trzech metrów podczas włączania się do ruchu, ale żeby to samo mieć z autobusem? Cóż, samice kontra samce 1:1.
Znów moja trasa polegała na dojechania do punktu X i powrocie prawie tą samą drogą: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Żabno, tam wjazd na hopkę, zjazd i nawrót swoimi śladami z małymi korektami.

Elementem, który znacznie uwalił mi przyjemność jazdy, był wciąż mocno trzymający się objazd w Mosinie, przez który nie tylko nadrabia się dobrych kilka kilometrów, ale chcąc nie chcąc (nie chcąc) lądujemy na kwintesencji polskiej DeDRengolady, czyli odcinku do Krosna. Ma on w sobie - niczym bielizna informatyka - dosłownie wszystko. Kawałki asfaltu pomieszane z kostką, krawężniki, momenty z szutrem, jak również przejazdy z permanentnym czerwonym dla rowerów, chyba że się jego użytkownik zatrzyma i włączy guziczek. Wracając chciałem olać ów cud polskiej udupialności i przejechać remontowanym odcinkiem, ale niestety tych zasieków pokonać się nie dało, Musiałem wrócić jak niepyszny (niepyszność widoczna na filmiku w Relive), widząc jednak jakiś plus - na moje otwarcie tunelu pod torowiskiem zbliża się krokami. Nie napiszę, że wielkimi, bo zapeszę.
To był czynnik industrialny, jeszcze o ludzkim. Duży ruch samochodów mimo niedzieli mnie lekko zdziwił, ale to, co działo się na ścieżce w Łęczycy przypomniało mi najgorsze czasy dla rowerzystów. Czyli lato :) Bezmózgi korzystały z pogody i na ścieżce o szerokości metra koło siebie zakwitły trzyosobowe pełznące wycieczki, tatusiowie z dzieciakami, które bez opieki na trójkołowcach myliły wsteczny z gazem, o siatkarkach i siatkarzach nie wspominając (chyba to strach przez planami co do handlu w niedzielę i biedronkowcy się zaopatrują). A obok zakaz jazdy zwykłą drogą. Ten odcinek kosztował mnie najwięcej nerwów.
Finalnie i tak mi się fajnie kręciło. Poproszę o taki październik w całości.
Podsumowanie września: 1840 kilometrów, chyba najwięcej od kiedy prowadzę BS (za poprzednie lata nie dam głowy, bo nie chciało mi się tego sumować). To głównie pokłosie wypadów do Piły na 100+ oraz do Wrocławia na 200+, co prawda kosztem średniej (niecałe 28,2 km/h), ale ją ostatnio mam głęboko w dętce :)
Przywrócili mi możliwość wklejania zdjęć, hurra. Dobrze, bo jesień póki co piękna. Na Dębcu szczególnie :)
- DST 54.05km
- Czas 01:48
- VAVG 30.03km/h
- VMAX 51.90km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 315m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Sympatospisek :)
Sobota, 30 września 2017 · dodano: 30.09.2017 | Komentarze 16
Wrzesień rozpoczął się pogodową masakrą, a zakończył poezją. W międzyczasie w aurze rządziła w większości kloaka - albo temperatura była jak w listopadzie, albo, jak ostatnio, gdy lekko poszła w górę, to urywało łeb. Zresztą owo "To" (a przy okazji - byłem ostatnio w kinie na ekranizacji książki Kinga i polecam) urywało przez większość miesiąca.
Dziś... Cudo. Rzadko to piszę, więc zaręczam, coś musi być na rzeczy :) Po dziesiątej rano, gdy ruszałem, na termometrze widniało osiemnaście kresek, wiatr był wyczuwalny, ale nie gnojący, słońce grzało sympatycznie, czyli zupełnie nie tak, jak ma to w zwyczaju latem. Tylko kręcić, gdyby nie rodzinne obowiązki pewnie jeszcze bym siedział na siodełku.
Trasę wybrałem dziś w wersji nietypowej, bo w tę i z powrotem, z małymi korektami. Z Dębca ruszyłem przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek i Rogalin do moich ulubionych Radzewic (jeszcze o nich napiszę), wracając tą samą drogą, jedynie z małą korektą - przed Luboniem zaliczyłem również Wiry. Tam zresztą w osłupieniu przyuważyłem zachowanie pewnego czegoś płci żeńskiej, które postanowiło w ten sposób włączyć się do ruchu z posesji, jakby nie tylko nie było mnie kręcącego około 30 km/h po prawej, ale również samochodu jadącego co najmniej 50 km/h po lewej. Ostre hamowanie nastąpiło z obydwu stron, a klakson został uzupełniony o moje - wyrażone najgłośniej jak potrafiłem - zdanie o istocie za kierownicą. W tym temacie jestem stuprocentowym feministą - uważam, że tępota została przyznana ludzkości niezależnie od płci. A paniusi polecam zamiast naklejki "dziecko w aucie" zamontować mózg pod czupryną.
No i jeszcze o wspomnianych Radzewicach. Upatrzyłem sobie już dawno tę wioskę, położoną przy kilku zakolach Warty, bo jest w niej zdecydowanie pozytywny klimat. Mam tam sprawdzoną agroturystykę, nie dość, że tanią, to na poziomie, a dla miłośników wody i przyrody jest tam raj. Dawno mnie w R. nie było, więc specjalnie dokręciłem do tamtejszego portu rzecznego, a w sumie bardziej "portku", bo to maleństwo, z pozytywnym zdziwieniem stwierdzając, że w międzyczasie zainstalowano pomost, jak również zgrabnego, wpasowanego w otoczenie zielonego toi-toia. Całkiem przydatne nowości :P
Pomost w Porcie Radzewice © Trollking
Port Radzewice © Trollking
Podsumowując - to jakiś spisek (podobnie było w sierpniu), że większość miesiąca masakruje, żeby na sam koniec pokazać swój niewinny, sympatyczny i dziubdziusiowy ryjek, pewnie w celu zatarcia złego wrażenia. Jeszcze kilka takich i zacznę olewać większość dni, nastawiając się na same końcówki.
No dobra, nie zacznę. Zbyt wielbię jazdę na rowerze :)
Sympatyczna DDR-ka w Łęczycy © Trollking
- DST 51.55km
- Czas 01:50
- VAVG 28.12km/h
- VMAX 51.60km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 231m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
KŚW bez KŚ :)
Piątek, 29 września 2017 · dodano: 29.09.2017 | Komentarze 4
Czyli: z wczorajszej gównianej trójcy męczyłem się dziś jedynie z wiatrem. Wybrałem bowiem muminkową trasę antyddr-kową, gdzie polskie wynalazki roweroudupiające są minimalnym minimum, a także udało mi się ominąć większość korków, choćby tych lubońskich, poprzez wybranie jazdy opłotkami. Trzeciego elementu już nie miałem jak oszukać, więc męczyłem się z gnojem tak samo jak podczas ostatnich dni. Szczerze mówiąc już mam go dość, a na pewno kierunku, z jakiego duje, czyli tego od mocodawców Macierewicza. Znaczy się ze wschodu :)
Rozpisywać się nie będę, bo nie ma o czym, a ja dziś znów walczę z czasem (na razie remis). Jak tylko mogłem chowałem się między drzewami, w sumie udało się to gdzieś do połowy TRASY, od Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek do Wiórka, potem już niestety wypłynąłem na suchego przestwór oceanu, czy jak to tam szło :) Odcinek przez Daszewice, Babki, Głuszynę, Koninko i Starołękę wspominam bardzo dobrze. Bo się skończył :) Odpocząłem za to jak zwykle w ulubionym Lasku Dębińskim, kilometr od domu.
Staw w Lesie Dębińskim © Trollking
Znów niby ciepło, a zimno. Tak po polsku.
- DST 54.00km
- Czas 01:58
- VAVG 27.46km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 208m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
KŚW
Czwartek, 28 września 2017 · dodano: 28.09.2017 | Komentarze 11
Dzisiejszą galę żenady KŚW chciałbym zadedykować trzem elementom, które wybitnie pomogły mi wziąć w niej udział - Korkom, Ścieżkom, Wiatrowi. Gdyby chociaż rzuciły się na mnie zachowując zasady fair play, czyli po kolei, to może jeszcze nie byłoby tak źle, ale przy zmasowanym ataku byłem bezsilny.
Wszyscy się cieszą, że jest cieplej. A ja się pytam - jakie cieplej? Gdy wracałem było już co prawda siedemnaście stopni, ale mocny, zimny powiew, gnojący non stop ze wschodu, sprawiał, że czułem jakby było gdzieś w okolicach pięciu. Pierwsza połowa (Dębiec - Starołęka - Krzesiny - Żerniki - Tulce - Gowarzewo - Siekierki - Paczkowo) to istna masakra na mojej skromnej osobie, czego skutkiem była średnia w okolicach 25 km/h, i to wyrzygana resztkami sił. W sumie najlepiej jechało mi się... po szutrze. Czyli po kilometrowym odcinku w Lesie Dębińskim.
Lasek Dębiński przed wjazdem na kładkę © Trollking
Miałem nadzieję, że odbiję sobie wracając, i faktycznie, muszę przyznać, że odcinek do Swarzędza to była poezja autorstwa rzadko spotykanego pogodowego poety - Wiatra-Plecnego :) Potem zaczęła się swarzędzka proza, czyli korek-światło-korek-światło, z wisienką na torcie, czyli zwężeniu drogi przy granicy z Poznaniem.
Na wysokości Volkswagena zrobiłem głupi błąd (czy są błędy niegłupie?), gdyż chcąc jechać po raz pierwszy w tę stronę inną drogą, skręciłem w ulicę Bałtycką, dobijając się wbiciem na śmieszkę rowerową, która początkowo wydawała się cywilizowana, mimo że z kostki. Niestety - trzyma podwrocławsko-leszczyńskie poziomy, a hitem jest jej zakończenie. W sumie jego brak, bo są nim ulubione biało-czerwone barierki, za którymi lądujemy wprost pod kołami skręcających samochodów, gdyż wylotówka prowadzi... pod prąd. Najlepsze jest to, że można niby jechać za autami i zawrócić, ale... nie można (oczywiście teoretycznie), bo jest podwójna ciągła. Brawa.
Ze śmieszki prosto pod prąd. Ulica Bałtycka w Poznaniu © Trollking
Kawałek dalej spędziłem ponad dziesięć minut na zamkniętym przejeździe kolejowym, przepuszczając cztery składy. Gdybym się dziś spieszył to bym się wk...urzył, ale mam przywilej odbierania nadprogramowych dni w robocie, więc ze stoickim spokojem pooglądałem sobie szczegóły naczep TIR-ów, podtruwanie spalinami mając gratis.
Gdy już w końcu przebiłem się do Wartostrady, którą zamierzałem pomknąć szybko do domu, okazało się, że tym razem wieje mi z boku, nieśmiało podmuchami spychając do rzeki. Twardo się opierałem, rekompensując sobie to komfortem jazdy tym kawałkiem aż do końca nowego odcinka.
Wartostrada © Trollking
Most Jordana © Trollking
Za nim wykonałem kolejny dziś błąd. Zamiast bowiem skręcić w kierunku Rataj i tamtędy dokręcić do domu, postanowiłem zobaczyć jak kończy się stary odcinek traktu. Wiedziałem, że na końcu są schody, ale miałem nadzieję, że skoro obok jest samochodówka, to jest może również do niej jakaś cywilizowana droga. Błąd logiczny - albo źle skręciłem, albo jej nie ma. W wyniku czego miałem spory kawałek z gatunku "piaskowe mtb+chodnik", co przy szosowych kółkach śmiało można uznać za występ cyrkowy. Choć muszę przyznać, że sam odcinek nad Wartą jest naprawdę malowniczy.
Stary odcinek Wartostrady. Żeby z niego gdziekolwiek wyjechać trzeba albo zawrócić, albo nauczyć się latać © Trollking
Sama końcówka to znana i nielubiana droga z Ronda Starołęka do domu, kawałek kolejnym odcinkiem śmieszki spod znaku "zemsta Grobelnego".
Ufff. Masakra. Oczywiście nie zapominam o swojej winie w dzisiejszym tragicznym wyniku. Nie potrafię bowiem jechać ultra szybko pod wiatr o sile 25-30 km/h, rozpędzić się między jednymi a drugimi światłami do setki, żeby zdążyć przed czerwonym, ani nawet przelecieć nad polskimi DDR-kami. Te elementy biorę na klatę ;)
TU trasa w wersji z Relive.
PS. Jak widać, z musu przeprosiłem się z PBS. Odwykłem, choć chwała mu, że istnieje. Tylko wstyd wstawiać nań zdjęcia takiej jakości, w większości robione "z rąsi".






