Info
Suma podjazdów to 791284 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec24 - 50
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 53.30km
- Czas 01:58
- VAVG 27.10km/h
- VMAX 52.40km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 157m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wia(t)ra
Niedziela, 26 listopada 2017 · dodano: 26.11.2017 | Komentarze 7
O samej dzisiejszej jeździe nie za wiele mogę, a i w sumie nie za wiele chce mi się pisać. Cztery stopnie oraz zimny i znów mocny wiatr z zachodu, który skierował koła mojej szosy na otwarte polne przestrzenie i serwisówki, wymęczyły mnie kompletnie. Zresztą nie tylko mnie, gdyż wyraz walki na twarzach mijanych szoszonów wyrażał z grubsza ten sam poziom cierpienia. Jednak męki lepiej znosi się ze świadomością, że nie tylko jednostce są one serwowane :)
Trasę wykonałem taką, na której drzewo był rzadko spotykanym rarytasem. Z Dębca przez Luboń i Wiry dotarłem do Komornik, stamtąd do Gołusek, Palędzia i Dopiewa, z nich skręt na Konarzewo, powrót objazdem do Dopiewca i Palędzia, a końcówka to Dąbrówka, serwisówki, Plewiska i do domu. Dokładnie tak jak na śladzie z Relive. A widoki miałem monotonne niczym wiekowy ginekolog, czyli z grubsza takie:
Z letargu wybiło mnie tylko jedno miejsce, czyli coś na kształt małego skwerku we wsi Konarzewo. Dotychczas zatrzymywałem się tam tylko kilka razy, żeby ocenić stan dewastacji pałacyku, który nawiedził kiedyś pewien kurdupel z niewyleczalnym kompleksem. Nie, nie chodzi mi tym razem o Jarka, a o Napoleona :) Dziś przykuł moją uwagę taki oto mural:
Od zawsze bowiem bawią mnie motywy papiesko-kibicowskie. Wszyscy chyba pamiętamy wielką zgodę, która miała zapanować w Krakowie po śmierci JPII i to, jak się ona skończyła, czyli klasycznym mordobiciem pomiędzy łysolami z Cracovii i Wisły. No i "takie nasze" jest to, że na stadionach można lżyć nie tylko piłkarskiego przeciwnika, ale i inne narody, już nie mówiąc o rasach, jednocześnie mając na ustach uwielbienie dla "Największego Polaka". Że to się gryzie? Kto by się tym przejmował :)
W ogóle to wymyśliłem, że w Polsce powinien powstać odrębny odłam religijny, nazwijmy go roboczo Kościołem kibolickim. Symbolem byłyby dwa skrzyżowane szaliki, a jego głowę wybierano by w ogólnopolskiej ustawce. Po niej zamiast siwego dymu następowałoby triumfalne odtrąbienie zwycięzcy poprzez zapalenie racy, najlepiej w miejscu, gdzie jest zakaz używania pirotechniki. Pierwszymi świętymi mogliby zostać Misiek z Wisły, który rzucił kiedyś nożem w Dino Baggio, Staruch z Legii za groźby karalne wobec piłkarzy czy Litar z Lecha za oplucie matki z dzieckiem na stadionie. Zresztą kandydatów jest sporo :) Co roku na święta zamiast ofiary z baranka składano by na ołtarzu jakiegoś uchodźcę (a w przypadku braku takowych choćby pierwszego z brzegu Niemca), a każdy szanujący się wierny kibolik powinien choć raz w życiu odbyć pielgrzymkę na komendę, w celu dokonania próby jej spalenia. Warunkowo zezwalałoby się na skromniejszą pokutę i wystarczyłby przypadkowy radiowóz. A nad tym wszystkim górowałoby uśmiechnięte słoneczko z wizerunkiem papieża. Którego? No przecież był tylko jeden :)
Tak, zdecydowanie nudziło mi się dziś podczas tej walki z wiatrem :)
- DST 54.20km
- Czas 02:06
- VAVG 25.81km/h
- VMAX 51.50km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 254m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Smętność
Sobota, 25 listopada 2017 · dodano: 25.11.2017 | Komentarze 14
Nie miało być pogodowej niespodzianki i jej nie było. Wiosna na zachodzie Polski płynnie przeszła znów w klasyczną jesień, zapowiadając ponownie zimę. A po ludzku: od rana, cholera jasna, padało. Na szczęście nie mocno, do tego przelotnie, więc udało się dziś mimo obaw wykręcić swoje. Jupi aj ej :)
Ogarnąłem crossa i dość wcześnie, gdyż lekko po ósmej (robota niestety wzywała), ruszyłem na wschód, bo tako rzekł wiatr. To znaczy nic nie mówił, bo nie musiał, ale i tak wiedziałem o tym bez słów :) Najpierw przez Lasek Dębiński, potem Starołękę, Krzesiny i Koninko dotarłem do poznańskiej Głuszyny, następnie minąłem Babki, Czapury i Wiórek, żeby pojawić się na długiej leśnej prostej prowadzącej do Rogalinka. Nie omieszkałem na chwilę wstąpić do swoich, czyli do miejsca, gdzie z zasady jest więcej zwierząt niż ludzi. Tam mi jakoś lepiej.
W Rogalinku przekroczyłem Wartę i jadąc w kierunku Mosiny zauważyłem, że wspomniany naturalny, powierzchniowy ciek płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie (dziękuję Wikipedio) ma ostatnio nieśmiałą konkurentkę. Bowiem mały sikacz, który zazwyczaj nie jest większy od ścieku, zwany Kanałem Mosińskim, rozrósł się do rozmiarów średniej wielkości rzeczki. 
Mimo że się zarzekałem, że pewnie na Osową Górę to ja już w tym roku nie, że nie ma kiedy, że po co... To sobie podjechałem :) Ale ku swojemu zaskoczeniu z trzeciej możliwej strony, czyli od tej z Puszczykowa. Jest o chyba najłagodniejsza wersja, choć i tak jest milusio. Aż się prosi wyłożyć asfaltem kawałek do Pożegowskiej, byłaby idealna szosoa pętelka, na której pewnie pojawiałbym się prawie codziennie.
Końcówka to już klasyk - Puszczykowo i Luboń, z czego ten ostatni bez niespodzianek. Czyli gnój :) Za to na ścieżce w Łęczycy znów problem. Tym razem nie liście, które są już w miarę ogarnięte, a czynnik ludzki. Kilkaset metrów za panem "pro" i już wiedziałem, że średniej nie dobiję nawet do minimum. Jak już to prędzej dobiję pana, którego nie dało się za cholerę wyprzedzić, bo nie reagował na dźwięki paszczą :)
Relive z dziś.
- DST 55.10km
- Czas 01:56
- VAVG 28.50km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 251m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wieś-ennie :)
Piątek, 24 listopada 2017 · dodano: 24.11.2017 | Komentarze 4
Drugi i chyba ostatni dzień wiosny stał się faktem. Po drodze widziałem nawet kilka egzemplarzy ewidentnych wiosennych wagarowiczów (łezka w oku prawie pociekła na wspomnienia), czyli jednak zdrowy duch niezgody na szkolną propagandę wciąż jest silny w narodzie. I bardzo dobrze :)
Wiało z południa, ani mocno, ani słabo, ale wiatr jak zwykle podczas powrotu tak bardzo mi chciał pomagać, że mu nie wyszło i przeszkadzał :) Trasę wykonałem, z racji ciągłej radości z otwarcia mosińskiego tunelu pod torami, w tę i z powrotem: z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Żabinko, Żabno do Sulejewo, gdzie nastąpiła nawrotka. Zresztą ten ostatni odcinek bardzo lubię za jego hopkowatość.
Ścieżką w Łęczycy da się ostatnio nawet jechać w miarę bezpiecznie - częściowo o dziwo została oczyszczona, a tam, gdzie nie została liście są już tak zbite z błockiem, że przy zachowaniu podstawowej ostrożności gleba nie grozi. Gorzej z kierowcami na drogach - tu nic się nie zmienia, dziś na przykład przyuważyłem mistrza wyprzedzania, który w Puszczykowie wykonał ów manewr: a) na przejściu dla pieszych, b) później kontynuując przez podwójną ciągłą, c) zahaczając o fragment powierzchni wyłączonej z ruchu, d) pędząc na złamanie karku. Pytanie czyjego, bo akurat jeśli chciał siebie wyeliminować to w sumie nawet dobrze dla ludzkości, niestety taki troglo ryzykuje głównie życiem innych.
A w Sulejewie usłyszałem znajome odgłosy. Zatrzymałem się nawet, sądząc, że to może jakieś wyjazdowe posiedzenie rządu, ale nie - poziom IQ był zdecydowanie za wysoki, a dupowłastwa (jest w ogóle takie słowo?) za niski :)
- DST 53.70km
- Czas 01:55
- VAVG 28.02km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 284m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Chwilówka
Czwartek, 23 listopada 2017 · dodano: 23.11.2017 | Komentarze 8
No i znów pojawiła się na chwilę wiosna tej jesieni, w przerwie od zimy :) Nie powiem - nie spodziewałem się, że jeszcze doznam w listopadzie komfortu jazdy w temperaturze zbliżonej bardziej do dziesięciu, a nie zera stopni. Brawo dla niej.
Jednak gdybym napisał, że kręciło mi się lekko, to bym skłamał. Ciężkawe powietrze robiło swoje, ale jak zwykle poległem na Starołęckiej, na całej jej kilkukilometrowej długości. Nawet karnie jechałem DDR-ką, co jak się okazało było słuszną decyzją, bo gdzieś w połowie stał sobie radośnie zaparkowany radiowóz. To się nazywa kobieca intuicja. Czy jakaś tam :)
Trasa: Dębiec - Starołęka - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Rogalin - moje ulubione Radzewice, tam nawrotka - Rogalin - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń (tu jak zwykle) - Poznań.
Jutro jeszcze podobno ma być pogodowe miodzio. A od weekendu już klasycznie gnój :)
- DST 52.30km
- Czas 02:03
- VAVG 25.51km/h
- VMAX 52.50km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 178m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Konzentrationslager Luboń
Środa, 22 listopada 2017 · dodano: 22.11.2017 | Komentarze 21
Gdyby nie to, że miałem dziś wolne, to z rowerowania byłyby nici. Od rana padało, ale na szczęście trochę po południu przestało i mogłem ogarnąć crossa w celu wykonania obowiązkowych pięciu dych. No to w drogę!
Nie miałem za bardzo pomysłu na wybór trasy, bo wiatr z południowego zachodu ostatnio jest tak częsty, że wszystkie stałe kierunki mi się już objadły. Gdy po wyjechaniu z Poznania zawitałem w Luboniu, postanowiłem więc lekko zmodyfikować codziennie wybierane szlaki i ruszyłem rzadko używaną przeze mną DDR-ką wzdłuż A2. Rozglądałem się dokoła i nagle przyuważyłem pewien element - wieżę strażniczą - który przypomniał mi o zaległym, wciąż nieodwiedzonym miejscu w lubońskim Żabikowie. Przejechałem na drugą stronę autostrady i znalazłem się przed mrocznym miejscem, które w końcu miałem okazję zobaczyć z bliska.
Było nim Muzeum Martyrologiczne, położone na terenie byłego nazistowskiego obozu karno-śledczego. Mało kto o nim słyszał, gdyż położone jest na zdecydowanie mało atrakcyjnym turystycznie obszarze.


Sam obóz karny (nie koncentracyjny, więc tytuł wpisu nie jest precyzyjny) istniał od 1943 roku praktycznie do końca wojny. Trafiali do niego wszyscy podejrzani o cokolwiek, co nie było zgodne z nazistowskim, dość specyficznym podejściem do życia. Wielu zostało tu na zawsze, choćby członkowie AK czy Szarych Szeregów rozstrzelani w masowych egzekucjach wykonanych przez SS. Zdarzało się też - co typowe dla przesłuchań organizowanych przez Gestapo - topienie w basenie przeciwpożarowym czy zamykanie w klatkach z drutu kolczastego. Jedną z lżejszych kar było takie oto miejsce odosobnienia (jak widać "uszanowane" przez współczesnych rodaków):
Stąd kierowano do "właściwych" obozów Polaków i Żydów, a w dniu jego likwidacji spalono żywcem w jednym z baraków około osiemdziesięciu więźniów niezdolnych do marszu...
Jeszcze wcześniej m.in. w tym miejscu znajdował się obóz o innym statusie, gdzie zwożono Żydów z gett w całej Polsce. To m.in. dzięki ich niewolniczej pracy możemy poruszać się wygodnie położoną kilkadziesiąt metrów dalej autostradą A2. Warunki były praktycznie takie same jak w Auschwitz, więc śmierć z wycieńczenia była codziennością. Pozostał pomnik...
...oraz tablice z hebrajskimi napisami.

W zadumie spędziłem tam dobrych kilkanaście minut, z masą myśli w głowie na temat tego, co człowiek może zafundować drugiemu pod wpływem chorych ideologii. Niech takie miejsca będą ostrzeżeniem dla współczesnych bezmózgów z hasłami na sztandarach o "Europie tylko białej" i wyższości rasy. Nie mam też wątpliwości, że te kilkadziesiąt lat temu ci sami zwolennicy segregacji czekali by grzecznie w kolejce do gazu, jeszcze pilnując w niej porządku.
Żałowałem, że nie wziąłem blokady i nie miałem jak zostawić roweru, bo w widocznych budynkach znajduje się wystawa, są też muzealnicy, którzy na pewno mają do przekazania wiele ciekawych informacji. Będę musiał nadrobić - przecież obiekt znajduje się zaledwie kilka kilometrów w linii prostej od mojego domu...

Reszta trasy to kurs przez Komorniki, Szreniawę, Rosnówko, znów Komorniki, Głuchowo, Gołuski, gdzie postanowiłem sprawdzić co się stanie, gdy zajmę się rozwiązywaniem tematu nieogarniętego, czyli serwisówek. Cóż... Jak widać :)
Dalej nie ryzykowałem, tym bardziej, że zaczęło mżyć, więc zawróciłem i przez Palędzie, Dąbrówkę oraz Zakrzewo dokręciłem do drogi numer 307, którą prosto dotarłem do Bukowskiej. Pokonałem ją w całości po raz pierwszy prawie ciągłą linią DDR-ek, pasów dla rowerów oraz buspasów. Crossem da się nawet nimi dość płynnie przejechać, o dziwo. Szosą pewnie nie do końca, bo np. jeden fragment kończy się na płocie :)
Przy Kaponierze i Bałtyku zakwitłem na światłach, była więc okazja sfocenia zabytkowej iglicy Międzynarodowych Targów Poznańskich.
Od dwudziestego kilometra miałem za towarzysza regularny deszczyk. Ale że ani się nie spieszyłem, ani nie chciało mi się wybierać elementów typu smaczny żwirek z zębów, to spokojnym tempem wykonałem swoje. Mimo to pralka była bardzo zadowolona, gdy mnie zobaczyła :)
Gdyby ktoś chciał poczytać więcej na temat obozu w Luboniu-Żabikowie, pod tym LINKIEM znajduje się strona Muzeum.
- DST 52.50km
- Czas 02:01
- VAVG 26.03km/h
- VMAX 52.50km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 226m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Lubądź
Wtorek, 21 listopada 2017 · dodano: 21.11.2017 | Komentarze 2
Zrobiło się trochę cieplej, wiatr też znacznie obniżył swoje loty. Gdzie jest myk? Ano zaczęło padać, ale na szczęście nad ranem pozostało już tylko kilka kropel co jakiś czas spadających z nieba. To mi jednak wystarczyło, żeby ruszyć dziś ponownie crossem, którego za wygodne siodło bardzo lubią moje cztery litery, zdecydowanie bardziej niż szosę.
Wiać miało niby z południa i ze wschodu, co jak zwykle okazało się ściemą, bo niespecjalnie mocno, ale jednak gnoiło mnie z każdej strony, nawet z północy i zachodu. Warunek był jeden - akurat ja musiałem jechać w tym kierunku. No życie. Jakoś już się przyzwyczaiłem :)
Wypad zacząłem od mojego, dawno nienawiedzanego Lasku Dębińskiego. Tam przywitał mnie ziomal z obstawą, który co sezon uaktywnia się w okolicach jednego z tutejszych oczek wodnych. Dziś jednak był jakiś taki nastroszony, a po chwili wystawił się do mnie kuprem i zaczął sobie dziobać skrzydła. Zrozumiałem, że mam spadać, tym bardziej, iż nie byłem przygotowany w temacie jakiegoś żarła :)

Następnie już klasyczną trasą anty-DDR-kową, czyli Muminkiem, poleciałem przez Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, poznańską Głuszynę, Babki, Czapury, Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, udało mi się przedrzeć przez ścieżkę w Łęczycy, by... zakwitnąć gdzie? No gdzie? Ano w Luboniu! Sądzę, że nie było co do tego wątpliwości :)
Co prawda kilka dobrych minut w korkach, jak również pełzania za traktorami i sprzętem budowlanym, zafundowała firma wykańczająca wiadukt dla kolei, ale z moich doświadczeń wynika, że PKP ma się tak samo do innych, normalnie działających firm, jak Luboń do Amsterdamu. Czyli wszystko się zgadzało :)
Do domu dotarłem później, niż zamierzałem, ale do pracy zdążyłem. Tym samym znów udowadniając, że nie będzie lubońskość pluć mi w twarz, ni rowerów nam zniesmaczać:)
- DST 53.30km
- Czas 01:58
- VAVG 27.10km/h
- VMAX 53.60km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 155m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pińcet+
Poniedziałek, 20 listopada 2017 · dodano: 20.11.2017 | Komentarze 12
O dzisiejszym wyjeździe postaram się w skrócie, bo przyjemności w tym było tyle, ile podczas popijania bełta, na przykład o smaku czekoladowym, nieprzefiltrowanym denaturatem. Gdy wyjeżdżałem lekko po dziewiątej rano (bo do pracy trzeba było iść) kreseczka na termometrze pokazywała zaledwie dwa stopnie, natomiast pierwszy zimny podmuch zamienił mi nos z kartofla na pomidora, przynajmniej w temacie zabarwienia. A to i tak był niezły początek, bowiem to, co ze mną zrobił na otwartych, polnych przestrzeniach, śmiało można nazwać brutalnym gwałtem. Więc i ja mogę śmiało napisać - me too :)
Trasa to kółeczko z Dębca przez Plewiska, serwisówkami do Dąbrówki, potem Palędzie (obowiązkowe kilka minut pauzy na przejeździe kolejowym), Dopiewo, Więckowice, Sierosław, Wysogotowo, Skórzewo, znów Plewiska i do domu. Tyle i ani słowa więcej, bo już samo przekroczenie progu mieszkania było dla mnie radością niezmierną :) Gdy latem marzyłem o jesieni to tęskniłem za taką, która trwa sobie przynajmniej do początku grudnia, a nie zamienia się w zimę pod koniec października. Choć i tak mogło być gorzej, gdyż w Warszawie podobno śnieg jak co roku zaskoczył... rowerzystów.
Pod sam koniec wypadu wyprzedziło mnie takie oto coś:
Auto jak auto, prykało strasznie, jak to Lamborghini, mnie takie zabawki nie ruszają, za to wielki, ale to wielki uśmiech na moim ryju pojawił się na widok naklejki widocznej z prawej strony:
Idealnie w punkt :) Na lepsze podsumowanie zasad i kryteriów przyznawania owej rządowej pomocy póki co nie natrafiłem. Choć może coś jest na rzeczy, bo po chwili kierowca skręcił na parking widocznej w tle Biedronki, pewnie w celu zakupu bułek z margaryną dla głodujących dzieci :)
- DST 52.30km
- Czas 01:56
- VAVG 27.05km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 229m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
RzeŹko
Niedziela, 19 listopada 2017 · dodano: 19.11.2017 | Komentarze 9
Literówka w tytule jest jak najbardziej zamierzona :) Rześko było, i owszem, ale to "zi" jak "rzeź" odnosi się głównie do wiatru, który skutecznie mnie dziś (de)motywował do jak najszybszego powrotu do domu. No ale że mamy okres roku, który do ciśnięcia na pedały zdecydowanie nie zachęca, to po prostu próbowałem utrzymać się w pionie. Udało się jako tako - czyli dotarłem cały. O dziwo również wpasowałem się idealnie w okienko pogodowe - zaczęło padać kilka minut po tym, gdy już zaparkowałem w chałupie.
O trasie rozpisywał się nie będę, bo była z grubsza taka sama, jak wczoraj - "kondomik" - tylko że od tyłu: Poznań - Luboń - Komorniki - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Wiry - Luboń - Poznań. 

Dziś jest pewien dzień. Jaki? Taki, który powinien dać nam do myślenia. Krótki filmik o nim, koniecznie z głosem.
https://www.facebook.com/SkolowaniTOKFM/videos/169...
- DST 53.15km
- Czas 01:53
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 230m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Gorzko
Sobota, 18 listopada 2017 · dodano: 18.11.2017 | Komentarze 2
W związku z faktem, że na termometrze widniały dziś całe trzy stopnie na plusie, mieliśmy imieniny Noego i Hezychiusza, dokładnie 28 lat temu przestał istnieć "Dziennik Telewizyjny" i powstały "Wiadomości" (choć ostatnio coś jakby się cofnęło do stanu pierwotnego) oraz obchodziliśmy Dni Urodzin Sułtana w Uzbekistanie, wykonałem znaną i lubianą trasę, czyli po prostu "kondomika" w wersji od Poznania przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Łódź, Stęszew i Komorniki do Poznania. Bez kombinowania i takich tam komplikacji :) Wiatr solidny i zimny, ogólnie ponuro, więc kolarzy mało, jednak kilku się znalazło i szacuneczek dla nich.
Chciałbym napisać, że obyło się bez przygód. No ale musiałbym przemilczeć kilku kretynów biorących mnie na gazetę oraz jednego troglo, któremu tak się spieszyło, że wyprzedzenie paru samochodów mimo podwójnej ciągłej oraz mnie kręcącego z naprzeciwka, znów (znów!) z konieczności dla bezpieczeństwa dającego po hamulcach, wydawało się czymś oczywistym. Ponownie po takich dniach nachodzi mnie refleksja, że może uważamy się za kraj prawie zachodni, a w sumie jesteśmy takimi farbowanymi Rosjanami, tylko udającymi bardziej cywilizowanych. I w sumie nie rozumiem, czemu rozpadł się sojusz radziecki, skoro Polska tam idealnie pasowała ze wschodnią mentalnością. Gdy jeszcze usłyszałem w radio o nocnym wypadku w Swarzędzu, gdzie pijany gówniarz w BMW rozwalił samochód i przy okazji spalił swojego kumpla, który znajdował się w bagażniku (!) jako siódmy (!!!) pasażer, tym bardziej utwierdziłem się w swoim zdaniu.
Gorzko dziś? No gorzko. Mimo że nasypałem sobie dodatkową łyżeczkę cukru do kawy. To dla poprawy nastroju - jutro ma padać deszcz ze śniegiem i bardzo mocno wiać. Hurra! :)
- DST 31.65km
- Czas 01:13
- VAVG 26.01km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 104m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glutson
Piątek, 17 listopada 2017 · dodano: 17.11.2017 | Komentarze 2
Gdy rano Żona wychodziła do pracy usłyszałem, że pada. No trudno, stwierdziłem, poświęcę się i się wyśpię :) Padało faktycznie, ja sobie dzielnie drzemałem, aż wybudził mnie sms z informacją, że moja lepsza połowa zapomniała czegoś ważnego i czy bym może przypadkiem nie...? :) W sumie i tak już bym nie zasnął, więc radośnie i w podskokach (wersja oficjalna dla mediów) zrobiłem sobie 7,5-kilometrowy spacer. Bo roweru to ja wtedy w wydaniu dzisiejszym nie widziałem. To znaczy widziałem, ale w pomieszczeniu. Nawet dwa.
Jednak... Stał się mały cud. Gdy wracałem do domu nagle przestało lać, a tylko mżyło. Szybka decyzja - zabieram crossa pod pachę i wykonam choć gluta, bo i mi się dobre urlopowe czasy skończyły - lekko po trzynastej musiałem być w robocie. Jak zdecydowałem, tak zrobiłem. Po dwóch kilometrach oczywiście zaczęło padać. No bo jak inaczej? :) Na szczęście jednak w końcu przestało, za to zaczęło mocniej wiać. No bo jak inaczej? :)
W błocku, syfie i znoju zrobiłem "Glutson wsiadaj (na rower)". Dobre choć to.
Trasa: Poznań - Luboń - Komorniki - Głuchowo - Gołuski - Plewiska - Poznań. Przetestowałem ponownie plewiskowy, wyremontowany odcinek Grunwaldzkiej, tyle że w kierunku południowym. Jedzie się ok, a najfajniejsze jest to, że na całej długości pozostawiono na pstrokatej kostce nie znak DDR-ki, tylko ludzika z mniejszym ludzikiem na niebieskim tle z adnotacją "DOPUSZCZONY ruch rowerowy". A że psem nie jestem to mi on lata i powiewa :)






