Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239987.50 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 37.00km
  • Czas 01:25
  • VAVG 26.12km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 114m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut postchomiczny

Środa, 14 marca 2018 · dodano: 14.03.2018 | Komentarze 18

Spokojnie, nie mam zamiaru wpisywać dystansów ze stacjonarnego - ja nie z tych, choć w sumie pewnie gdybym robił to w poprzednim roku to spokojnie mógłbym odnotować u siebie w podsumowaniu rocznym ze dwadzieścia tysiaków. Jednak trzeba mieć w życiu jakieś zasady, żeby nie było kwasów :)

Nie zmienia to faktu, że był (jest) to specyficzny rowerowy dzionek. Rano bowiem przywitał mnie deszcz, a w pewnym momencie nawet pojawił się opad śniegu. Aż (podkreślam: aż) tak z głową nie mam, żeby ruszać w tego typu warunkach, więc chcąc nie chcąc usiadłem do chomika, załączyłem serial "Templariusze", pooglądałem sobie sympatyczne akcje typu wbijanie drewnianego krzyża w otwór gębowy w celu przebicia czaszki, wypiłem kawę, potem spojrzałem za okno, a tam... przejaśnienia. Lekkie bo lekkie, ale zawsze.

Długo myśleć nie musiałem - było między dziesiątą a jedenastą, w samo południe miałem pojawić się w robocie, więc dodanie jednego do drugiego dało prosty rachunek - trzydzieści :) Tyle bowiem ma standardowy glut, a że do pracy mam w linii prostej kilometrów pięć, to... wszystko się zgadzało. Musiałem tylko na szybko obmyślić trasę, jednak w końcu stwierdziłem, że na to już czasu nie mam, ruszam crossem, a kombinował będę na bieżąco. Tym samym wyszło takie cuś: Dębiec - Plewiska - Komorniki - Wiry - Luboń - Dębiec - Centrum. Jak zwykle odcinek po mieście był najkrótszy, a zajął czasowo prawie tyle samo ile reszta :)

Finalnie więc wyszło dziś nie pięćdziesiąt, a ponad sześćdziesiąt kilometrów, tyle że połowa z nich gorszego sortu, takich, którymi można wycierać swe mordy zdradzieckie :) Natomiast odkrycie serialu uznaję za plus dodatni.

PS. Dodałem dystans praca-dom.




  • DST 52.80km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.31km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 234m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

SiN

Wtorek, 13 marca 2018 · dodano: 13.03.2018 | Komentarze 15

Powoli zaczyna się początek końca. Ale spokojnie, nie mam jakichś gorących newsów na temat anihilacji świata - chodzi mi jedynie o pogodę, w niedzielę aż niepokojąco idealną. Pod koniec tygodnia mają wrócić mrozy, a ostatniej nocy w Poznaniu lało. Na szczęście nad ranem już można było kręcić, choć znów wybrałem sobie za rodzaj podkładki pod tyłek szosowego staruszka, bo mniej go szkoda, a myślałem też przez chwilę o nawet o crossie.

Ruszyłem z zamiarem wykonania "kondomika", lecz gdy już dotarłem, startując z Dębca, przez Luboń, Puszczykowo i Mosinę do Dymaczewa Starego, co kosztowało mnie spor sił, gdyż wiało jak sam skur...czybyk, postanowiłem lekko zmienić plan - mając nadzieję, że choć podczas powrotu odczuję podmuch w plecy. W związku z tym skręciłem do Będlewa, gdzie zawróciłem i poczłapałem swoimi śladami. Cudu z tą pomocą powiewów nie było, więc finalnie wyrzygałem średnią tragiczną, jednak i taki o ponad dwa kilosy lepszą niż w połowie dystansu tej trasy.

Skoro już byłem w Będlewie, to postanowiłem zajrzeć na teren tamtejszego pałacu, ale zanim dotarłem do połowy byłem już zakopany po kostki w błocie. Fota więc z daleka, bo jeszcze kilka kroków i trzeba by było wzywać ciężki sprzęt do wydobycia mnie spod ziemi :)

A teraz o tytule. SiN to nic innego jak szok i niedowierzanie. Bowiem nadejszła wiekopomna chwila - ścieżka w Łęczycy jest oczyszczona z syfu! Czyżby "ktoś stamtąd" zaglądał na BS? :) Wystarczy porównać wczorajsze i dzisiejsze zdjęcie, żeby mieć okazję do znalezienia miliarda różnic. W sumie brawo, szkoda tylko, że tak późno, choć z drugiej strony się nie dziwię - pewnie bano się na niej pojawić, żeby nie ugrzęznąć :)

Jedno mnie tylko zmartwiło przy okazji - znów lecą tam drzewa, jedno za drugim. Rozumiem te stare, takie jak to powyżej, ale przyuważyłem też kilka dorodnych i całkiem zdrowych... pni. Oraz taki smutny obrazek - tam jeszcze niedawno był klimatyczny zagajniczek ;/

A przed pracą jeszcze wpadłem na pocztę odebrać awizo. Dawno nie byłem w tak wesołym miejscu :) Formalnie niewiele się zmieniło - kolejka na oko dziesięcioosobowa, z trzech okienek otwarte jedno, w dwóch pozostałych intensywna dyskusja między paniami, na tematy bynajmniej nie służbowe. Ale gdy już się dopchałem po swoje, przywitała mnie drobna zmiana :) Tu przeklęci:

...a za mną na stojaku do wyboru: książki Cejrowskiego, jakieś poradniki gotowania na parze siostry Adelajdy, samotna powieść Remigiusza Mroza (tu lekkie zaskoczenie), masa gównianej prasy dla tlenionych beneficjentek systemu emerytalnego, oraz na honorowym miejscu "Agata. Sekrety pierwszej damy", pod patronatem niezaleznej.pl (czytaj: zależnej od partii rządzącej) i "Gazety Polskiej" :) Czułem się jak na Nowogrodzkiej :)




  • DST 52.60km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.43km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 315m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Grochówka, flaki...

Poniedziałek, 12 marca 2018 · dodano: 12.03.2018 | Komentarze 4

...i inne przysmaki. W sumie to powinna być, zgodnie z tytułem całkiem fajnej płyty (a wtedy jeszcze kasety, zakatowałem na niej walkmana) Big Cyca z 1995 roku, golonka zamiast grochówki, ale mi nie pasowała do wizualizacji z dzisiejszego wypadu, o czym za moment, na razie tylko wkrętka historyczno-ukulturalniająca dla współczesnej młodzieży :)

Wyruszyłem w okolicach 8:30, najpóźniej jak mogłem, żeby zdążyć przed pracą. Za środek transportu wybrałem starą szosę, bo po zerknięciu na niebo spodziewałem się deszczu, który finalnie mnie na szczęście nie uraczył swą obecnością. W zamian był ciut mocniejszy wiaterek ze wschodu, który o tyle mnie nie obszedł, że nie miałem zamiaru dziś cisnąć. Leń mnie obszedł po prostu :)

Trasa to w tę i z powrotem - z Dębca do Lubonia, z Lubonia do Puszczykowa, z Puszczykowa do Mosiny, z Mosiny do Rogalinka, z Rogalinka do Rogalina, z Rogalina do Świątnik, ze Świątnik do... O, wracamy do tytułu :)

W tym oto uroczym miejscu bowiem zawróciłem, a że nie che mi się ponowie przepisywać powyższych miejscowości, to można je sobie odtworzyć od tyłu i z grubsza wyjdzie na to samo :)

Aha, jeszcze Łęczyca. Wszystko wraca do normalności, bo gdy robiłem fotę przy jednym z najbardziej polskich widoków od jakichś dwóch lat, czyli wyciętym drzewie, minął mnie dziadyga. Dobrze wiedzieć, że świat jest na swoim miejscu :)

Aktualnie w Poznaniu pada i jutro ma padać również. Chyba zapowiada się przerwa :/




  • DST 107.50km
  • Czas 03:32
  • VAVG 30.42km/h
  • VMAX 55.50km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 378m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

W końcu seta

Niedziela, 11 marca 2018 · dodano: 11.03.2018 | Komentarze 24

To, że "wszyscy" pyknęli już w tym roku setę, a ja jeszcze nie (w tamtym roku udało mi się to już w lutym), stawało się lekko frustrujące. No dobra, nie stawało się, ale zawsze trzeba wymyślić sobie jakąś motywację :) Tą dzisiejszą była zarówno piękna pogoda, wolna niedziela, ale również kolega o kryptonimie BUS, który od jakiegoś czasu próbował się ze mną ustawić na wspólną jazdę. Do tej pory nie wychodziło, z różnych względów - terminów, braku czasu, zobowiązań rodzinnych i dokoła rodzinnych, a w końcu i problemów zdrowotnych. Dzisiaj w końcu udało się zgrać, bo nawet dostałem od Żony zielone światło do wyrwania na rower tych czterech godzin, czyli jakby nie patrzeć dwukrotności tego, co mam wynegocjowane. Dziękuję :)

Start ustaliliśmy na okolice południa, gdzieś tak o tej godzinie pojawiłem się w umówionym miejscu, czyli przy stacji Poznań Starołęka. Kolega Hubert, bo tak BUS ma na imię, podjechał po chwili, a ja już byłem po ściągnięciu niepotrzebnej górnej warstwy ciuchów, bo ubrałem się zdecydowanie za ciepło (już było czternaście stopni!). Po zapoznawczym zagadaniu ruszyliśmy w trasę, a że akurat udało się zgrać z całkiem sprawnie kręcącym kolarzem, to do Rogalinka poszło bardzo sprawnie, bo przez dawane zmiany mniej było czuć powiewy, których miało nie być, a oczywiście były. Kolega poleciał na Mosinę, a my dalej we wcześniej ustalonym kierunku.

Był nim początkowo Kórnik, do którego dotarliśmy przez jedne z moich ulubionych rejonów, czyli lasy Rogalińskiego Parku Krajobrazowego. Jako że pogoda dopisała, to zakwitł tam też mało estetyczny widok grzybiarek, z czego jedna akurat udawała się w trasę z jakimś miłośnikiem mykologii :) Oczywiście nie zawiedli tam również troglo z pewnymi kompleksami, które próbowali zrekompensować sobie zbyt ciężką stopą na pedale.

W Kórniku chwila dla reporterów :)


Przy wyjeździe na krajówkę zrównał się z nami jakiś killer w stroju teamu Mroza, na takim karbonie, że baranek mojej szosy niemal schował się ze wstydu :) A my zaczęliśmy orkę pod wiatr, następnie pod wiatr, a w końcu pod wiatr. Po drodze nie brakło atrakcji - m.in. miałem rzut beretem do domu. A mi się głupiemu wydawało, że to 40 km :)

Kawałek dalej nastąpił skręt do Koszut, które mimo mikroskopijnej wielkości mają kilka atrakcji - dworek i kościól z XIV wieku...

...oraz ruiny (chlip) przepięknych wiatraków.

W Środzie Wielkopolskiej pojawiliśmy się w jednym celu - wyjechać z niej :) Udało się - bo to miasteczko to koszmar kolarza, oczywiście z powodu śmieszek, takich rodzimych do kwadratu, wypełnionych niedzielnymi rowerzystami. Bardzo ładny widok z daleka, bo oczywiście żadnej nie zaliczyliśmy. Za to dokoła jeziora widać, że idzie nowe, bo tam zakwitł nawet asfalt i jest przyzwoicie,

O ile do tego miejsca kojarzyłem miejscówki, to za nim pojawił się przede mną nowy świat. Dzięki temu zawitałem w historycznym Gieczu, siedzibie pierwszych Piastów, co prawda oglądając z bliska jedynie romański kościół, a nie skansen, ale to do nadrobienia w innym terminie.

Aha, ktoś może wie o co chodzi z tym napisem? Czyja to lipa, czemu i w ogóle o ssssso chozzzi? :)

W Gułtowach z kolei następny zabytek - kolejny godny, częściowo drewniany. Wiem, był też pałac, ale to nie był wypad krajoznawczy :)

Ostatni etap to włączenie się do DK92 i nią przez Kostrzyn oraz Swarzędz dostanie się do Poznania. Na tym etapie miało wiać w plecy, ale napieprzało bocznym z południa. Jak zwykle :) Generalnie podczas całego przejazdu pomagał może maksymalnie przez jedną trzecią, na co mam świadka :)

A właśnie - jeszcze parę słów o BUS-ie (co ciekawe - ma BS-a, ale go nie praktykuje, za to ma urocze logo), którego poznałem dziś na żywo. Spoko człowiek, sympatyczny i ogarnięty, tak jak ja nienawidzący DDR-ek. Jechał dziś jeszcze nie do końca wyleczony z choroby, a godnie dawał radę - graty! :) Wedle założeń miała być dzisiaj średnia 28-29 km/h, ale jakoś tak wyszło, że lepiej wyszło :) Hubert zna okolice Poznania jak własną kieszeń, więc pozostało mi dziś po prostu kręcić. Natomiast ciekawostką jest to, że z założenia jeździ - lato czy zima - w rowerowym stroju, ale bez kasku (tego akurat nie pochwalam, ale co kto lubi), bez spd-ów (brawo!), a i tak kopyto ma godne. Innym rozdziałem jest podejście do przepisów - jeśli co do śmieszek podejście mamy tożsame (olewamy ile się da), to co do światła czerwonego lekko się ono różni - kolega ma swój patent, ja swój (jednak je zauważam, hehe). Mimo to udało się wynegocjować kompromis - ja naprawdę lubię jak muszę kogoś gonić, gdy już zapali się zielone :) Aha, no i jeszcze rower - jak na moje kompletny oldschool, czyli poezja: stalowa rama z lat 70. plus napęd na Ultegrze i 105-tce.

Przy AWF-ie każdy w swoją stronę, mnie czekał jeszcze kawałek na Dębiec, a po drodze jeszcze kwintesencja pierwszego "wiosennego" dnia, czyli tłok, tłok i tłok. Plus spora doza bezmyślności.

Fajny wypad, Hubert - dzięki za godny wynik mimo choroby i za towarzystwo. Miło było jechać. Wpadła mi w końcu ta stówa, nie będzie, że się obijam :) Pogoda była rewelacyjna, szkoda jedynie, iż wiatr nie chciał współpracować. Ale nie ma co narzekać.

Tu Relive z drogi. Całkiem zgrabnie to wyszło.




  • DST 56.20km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.07km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 254m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Końcentrycznie

Sobota, 10 marca 2018 · dodano: 10.03.2018 | Komentarze 3

Idzie ku lepszemu. Sam fakt, że któryś dzień z rzędu nie muszę zakładać czterech par skarpet powoduje, że cieszę się jak łysy do sera. Czemu w sumie miałbym to robić - nie mam pojęcia, ale mimo że łysy zdecydowanie nie jestem, to ser lubię, więc niech będzie od biedy to porównanie.

Miałem dziś przywilej ruszenia dość późno, bo o jedenastej, czyli o godzinie, gdy nie spodziewałem się żadnych korków czy pauz w jeździe. O ja naiwny... Po wydostaniu się z Dębca zawitałem na słynnej Starołęckiej, która stała na całej swej długości, od Hetmańskiej po przejazd kolejowy, który oczywiście zamknął mi się przed pyskiem (sumie to szlaban, nie przejazd), po tym jak ostrożnie i z musu czymś, co stanowi miks chodnika z jeszcze większym syfem, doń się powoli doczłapałem. Po chwili ruszyłem w kierunku Minikowa i dalej Krzesin, gdzie... zamknął się przejazd (czyli szlaban), tym razem dla odmiany nie przed pyskiem, a przed ryjem. Z nudów uwieczniłem ów fakt.

Dopiero na wysokości Jaryszek mogłem się lekko rozpędzić, choć wiaterek, mimo że lekki, nie ułatwiał zadania. Za Koninkiem postanowiłem lekko rozszerzyć klasycznego muminka o objazd przez Szczytniki, Kamionki, Babki i Daszewice, którędy dostałem się dalej do Czapur, Wiórka, Rogalinka, gdzie wspiąłem się na hopkę w jednym jedynym celu - zjechania z niej i wykonania Vmaxa. Od tego momentu nastąpił nawrót przez Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, Wiry oraz Luboń do domu. W sumie wyszło takie cuś.

W Mosinie zaliczyłem trzecie tego dnia zamknięte rogatki. Odwiedziłem też starych ziomali w Babkach. Wszystko u nich ok, cieszą się końskim zdrowiem :)

Jazda była całkiem przyzwoita, żałowałem tylko straconych momentów na Starołęce i pod koniec w Luboniu, gdzie klasycznie zakwitłem przed rondem, na którym trwała - za przeproszeniem - sraczka spowodowana debilizmem spod znaku zakazu handlu w niedziele (ja tam bym wolał soboty). Jak wiadomo jeden dzień bez możliwości zrobienia zakupów oznacza, że należy się zaopatrzyć niczym na lata okupacji.

Rowerzystów - miliardy. Co oznacza, że już niedługo przylecą bociany, które też mają swój, ekhmmm, sezon. Ale dziś każdy ładnie odmachiwał - brawo, to ta kulturalna odmiana :)

Pod koniec ze zdziwieniem przyuważyłem, że otwarto już dla ruchu odcinek ulicy 28 Czerwca 1956 r. obok felernej kamienicy. Stoi tam oczywiście jeszcze policja, ale ruch odbywa się normalnie. Teraz można z bliska zobaczyć, co zostało po wybuchu. Mnie najbardziej poraża widok wiszących oznak codzienności, która została nagle przerwana, czyli lustra, obrazka i torebki... Ech :/




  • DST 51.65km
  • Czas 02:01
  • VAVG 25.61km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 176m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na pięć

Piątek, 9 marca 2018 · dodano: 09.03.2018 | Komentarze 3

Na pięć była dziś większość rowerowych rzeczy - pięć stopni (na plusie na szczęście), pięćdziesiąt kilometrów, łącznie pięciu debili minęło mnie dziś na gazetę (w jednym przypadku tak mnie to zirytowało, że słyszano mnie pewnie z pięć kilometrów dalej), jedynie wiatr chyba aż pięciu dych w porywach nie miał, choć mam wrażenie, że niewiele mu do tego brakowało - duło koszmarnie, na otwartych przestrzeniach wymuszając mi średnią na poziomie średnio wysportowanego pięciolatka.

Kręciłem dziś znów crossem, bo gdy ruszałem rano przed pracą było jeszcze mokro i zanosiło się na ponowne opady, ale już na trasie wyszło słońce. Co prawda dość szybko się schowało, ale od biedy uznajmy to za jakąś tam namiastkę przedwiośnia. Trasa zachodnia była z musu kombinowana, bo wciąż rozkopany jest (i pewnie jeszcze będzie długo) dojazd do Konarzewa, o taka: Dębiec - Luboń - Łęczyca - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Głuchowo - Gołuski - Dąbrówka - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.

W sumie... optymistycznie było, bo czuć powoli delikatniejszy oddech wiosny po tym prawie miesiącu lodowatego wyziewu zimy. Oby tak dalej :)

A tu już mniej optymistycznie - aktualny widok na zawaloną kamienicę na Dębcu. Aż dziw bierze, że jeszcze stoi. I mimo tragedii cud, że nie zginęło więcej osób.




  • DST 53.50km
  • Czas 02:01
  • VAVG 26.53km/h
  • VMAX 46.00km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 245m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ludwikując

Czwartek, 8 marca 2018 · dodano: 08.03.2018 | Komentarze 5

Powrót do codzienności wypadł na szaro-buro. Taki bowiem kolor miało dziś niebo i to, co pod nim. Do tego kapało jeszcze co jakiś czas, na szczęście to lepsze - deszcz, a nie białe gów... śnieżek. W związku z powyższym znów w obroty poszedł cross, który nie zdążył jeszcze do końca obeschnąć po wczorajszym wieczornym kręceniu.

W końcu jest ciepło... Bo przecież trzy stopnie na plusie to rzecz jeszcze niedawno niewyobrażalna, a jednocześnie bardzo ciesząca moje jestestwo, które tym razem nie musiało na cielesną powłokę zakładać tony ciuchów, wystarczyło kilka kilogramów. No i póki co wiatr nie szaleje, był dziś jedynie lekko upierdliwy, ale bez przesady.

Trasa to klasyczne przedpracowe kondominium - z Poznania przez Luboń, Komorniki, Szreniawę, Rosnówko, Stęszew, Łódź, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo i znów Luboń do domu. Ale dziś wyjątkowo postanowiłem dodać do wyprawy jeszcze jeden element, czyli skręt w ślepą uliczkę, prowadzącą z miejscowości Krosinko do Ludwikowa. Miejsce jest o tyle ciekawe, że znajduje się już praktycznie na terenie Wielkopolskiego Parku Narodowego, niedaleko zeń do jeziora Kociołek oraz Budzyńskiego, a ponadto położone jest na niewielkim wzniesieniu o nazwie Góra Staszica. W XIX wieku i przez pierwsze ćwierćwiecze XX w. funkcjonował tam dom kuracyjny wraz z restauracją, w 1926 roku powstało sanatorium dla chorych na gruźlicę, natomiast w czasie II wojny światowej a to Niemcy postanowili je wykorzystać jako obóz wynarodawiający dla dziewczynek, a to Rosjanie jako szpital dla Armii Czerwonej. Aktualnie jest tam oddział Wielkopolskiego Centrum Pulmonologii i Torakochirurgii.

Biorąc pod uwagę położenie (w cieplejsze miesiące okolica prezentuje się przepięknie), jak już chorować (a lepiej nie), to tylko tam :) Cisza, spokój, ptaszki śpiewają... Postaram się kiedyś w wolny dzień dostać się na teren ośrodka, bo znajduje się tam kilka zabytkowych budynków oraz altan. Zaniepokoił mnie tylko szlaban, którego chyba (ale mogę się mylić, bo byłem tylko raz, i to przypadkiem) tu wcześniej nie widziałem, a wjazd był otwarty, również dla komunikacji podmiejskiej. Teraz może to być pewne wyzwanie.





  • DST 32.20km
  • Czas 01:16
  • VAVG 25.42km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 100m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut postkrakowski

Środa, 7 marca 2018 · dodano: 07.03.2018 | Komentarze 6

Po trzech dniach spędzonych w - jak zwykle genialnym - Krakowie udało się wyjechać o w miarę rozsądnej godzinie, a co za tym idzie pojawić w Poznaniu późnym popołudniem. Późnym, ale na tyle jednak wczesnym (godzina siedemnasta), że zakwitła mi myśl o wykonaniu gluta, bo mżawka, która (chyba) panowała w Wielkopolsce przez większość dnia, akurat odpuściła. Minus był jeden - zapadający zmrok, ale przynajmniej nadarzyła się okazja do przetestowania zestawu ładowanych na USB lampek z Decathlonu, które nabyłem jakiś czas temu, oraz nowego tylnego błotnika do crossa, kupionego zdecydowanie niedawno.

Oba sprzęty sprawdziły się godnie. I zdecydowanie przydały - bowiem gdzieś w połowie drogi zrobiło się ciemno, a po chwili zaczęło padać. W związku z tym, że nie lubię jeździć wieczorami, a jeszcze bardziej - gdy jest mokro, trasa została odbyta i skrócona do minimalnego minimum, w wersji: Dębiec - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań. Przyjemność wątpliwa, ale liczy się to, że dzięki temu udało mi się z trzech potencjalnych dzionków bez roweru pozostać przy jednym. Raz wystarczyło wystartować w pod koniec nocy (przed siódmą rano), a drugi przed jej początkiem.

A w samym Krakowie łącznie przeszedłem około trzydziestu kilometrów, podczas obowiązkowych porannych spacerów najpierw, a potem już spokojniej z Żoną. O takich, takich, takich i takich :)

Jak zwykle w jednej z wyjątkowych i niepowtarzalnych knajp była okazja się odchamić w towarzystwie ludzi, których następców w moim i następnych pokoleniach jakoś nie widzę. Czas korzystać z tego bogactwa, póki ono jeszcze jest. Nazwy miejsca nie ma co reklamować, bo nie o to chodzi, ale dobrze jest mieć tam dobrych znajomych, którzy zawsze witają z poezją na ustach :)


No i jeszcze kilka krakowskich widoków.








Aha, od mojej ostatniej bytności (ponad rok temu) zmieniło się jedno - dziś już nikt nie wstydzi się chodzenia i jazdy w masce. Nic dziwnego - dziś, gdy wyszedłem rano, ledwo widziałem swoje buty, a otwarcie nocą okna była wysublimowaną formą samobójstwa. Jednak co wawelski smok, to smog.




  • DST 31.10km
  • Czas 01:09
  • VAVG 27.04km/h
  • VMAX 42.80km/h
  • Temperatura -5.0°C
  • Podjazdy 125m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Gluteczek

Poniedziałek, 5 marca 2018 · dodano: 05.03.2018 | Komentarze 8

Udało mi się przed wyjazdem, a co za tym idzie przed kilkudniową przerwą od kręcenia, wykonać jeszcze gluta. Misja to była niełatwa, bo żeby zdążyć musiałem wstać po szóstej (i to rano!), a już gdzieś za dziesięć siódma siedziałem na siodełku. Dla kogo jak kogo, ale dla mnie to jak zmiana strefy czasowej, a co za tym idzie wynik był podobny do wyczynów większości polskich sportowców w Pjongchangu :)

Grunt, że się udało. Zrobiłem sobie rundkę ponownie na południowy wschód, z Dębca przez Hetmańską, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, Głuszynę, znów Starołękę i przez Lasek Dębińsi do domu. O jakości jazdy niech zaświadczy fakt, że jakaś 1/3 trasy to upojna Starołęcka w obydwie strony, a reszta to walka z wiaterkiem, który to gnojek niby się w mieście krył, a na polach pokazał swój zwyczajowy ryj. No i o tej porze jeszcze mroziło solidnie. Po drodze mijałem miliardy pezetów, którzy korkowali nie tylko Poznań, ale i swoje wsie - w Koninku na przykład widniał na oko kilometrowy sznureczek.

Niniejszym, niewyspany i z lekkim opóźnieniem, oznajmiam, że pyknęło mi trzy tysiące w tym roku z małą górką. Do poczytania za parę dni!





  • DST 52.20km
  • Czas 01:53
  • VAVG 27.72km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura -7.0°C
  • Podjazdy 287m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

I bum :/

Niedziela, 4 marca 2018 · dodano: 04.03.2018 | Komentarze 22

Jako że dziś znów musiałem spędzić dzionek w pracy, wstałem sobie spokojnie rano, udałem się do kuchni w celu skonstruowania kawy, i w momencie wykonywania owej skomplikowanej czynności (lekko przed ósmą) usłyszałem dziwny dźwięk, coś jakby zwalania gruzu z okien podczas generalnego remontu. Akurat na Dębcu o tej porze to nic nowego (choć w związku z tym, że była niedziela - chwilę się zadumałem, ale po chwili o tym zapomniałem), więc napojony ubrałem się na rower, ze ściśle ustaloną trasą przejazdu. Już gdy byłem w drzwiach, Żona włączyła telewizję, a tam... Poznań oraz widok na kawałek ulicy 28 Czerwca 1956 roku, położonej jakieś 500 metrów od naszego domu. Jak pewnie już wiadomo, bo o temacie zrobiło się głośno, ów tajemniczy dźwięk był odgłosem walącej się kamienicy (szczegóły tutu i choćby tu). Na tę chwilę wiadomo, że od prawdopodobnie wybuchu butli gazowej zginęły trzy osoby, a ponad dwadzieścia jest rannych...

Gdy ruszyłem w swoim kierunku, od razu musiałem lekko zmodyfikować plany, bo oczywiście ulica była nieprzejezdna - policja, straż miejska, straż pożarna zablokowały teren, wszędzie karetki, jednak o dziwo panował spokój. Strażacy czynili swoje, a ja nie chciałem robić ze bezmyślnego gapia, wiedząc, że do niczego się nie przydam, więc zatrzymałem się jedynie na chwilę, żeby zrobić zdjęcia i poszukałem sobie objazdów osiedlowymi uliczkami, z masą czarnych myśli jako bagażem na dalsze kręcenie.


Fakt faktem, widoczna na zdjęciu po prawej kamienica (a w sumie już jej połowa) prezentowała od dawna obraz nędzy i rozpaczy, samo spojrzenie na nią rodziło obawy czy się nie zawali, ale ów najbardziej prawdopodobny powód, czyli wybuch gazu sam się nie zrobił. Niestety, znając polskie realia kuchenka nie służyła jedynie do podgrzewania obiadu... A przerażające jest to, że nie znamy dnia ani godziny, praktycznie nikt nie kontroluje tego, co dzieje się za czterema ścianami biedy. Może chociaż ta tragedia spowoduje jakieś wzmożone kontrole w tym temacie - oby. Szkoda tylko, że za sprawą ludzkiej tragedii.

No dobra, to wracam do bloga, jakby nie patrzeć rowerowego. Trasa dzisiejsza to właśnie Dębiec, potem Hetmańska, Starołęka, Czapury, Wiórek, Rogalinek, Rogalin, Świątniki, za nimi nawrotka, potem tak samo do Rogalinka, następnie Mosina Puszczykowo, Luboń i na Dębiec, ale ostatni kawałek zmuszony zostałem pokonać już piechotą i po schodach, bo z tunelu już się wyjechać na wysokość ulicy nie dało. Jazda była spokojna, bo mi się nie chciało szaleć, do tego o tej porze jeszcze mroziło (gruby minus), a wiatr nie chciał współpracować - miał być wschodni z południa, a był z północy. Za to słońce ładnie podpiekało.

Jutro z rana czeka mnie wyjazd, niestety bez opcji rowerowej, więc czeka mnie co najmniej trzydniowy odpoczynek od kręcenia :/ Akurat kiedy robi się cieplej...

EDIT: Gdy wracałem wieczorem z pracy musiałem ominąć zasieki otaczające stojącą jeszcze kamienicę. Mega szacun dla służb, przede wszystkim strażaków i pogotowia, które wciąż tam działały, ale również dla policji i straży miejskiej ochraniającej teren, mimo zimna. A sam widok robi przygnębiające wrażenie.