Info
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj8 - 12
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 53.85km
- Czas 01:51
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 216m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Wisusowo
Czwartek, 12 kwietnia 2018 · dodano: 12.04.2018 | Komentarze 9
Na dzisiaj miałem zaplanowany urlop, po pierwsze, żeby się wyspać, a po drugie - zaliczyć wizytę u weterynarza w celu szczepienia. Obydwie misje się udały, choć jedna z nich dostarczyła więcej emocji. Nauczyłem się też nowego słowa: wisus, tak bowiem pan doktor określił Kropę. Przyznam, że nie znałem :)
Przedtem byłem na rowerze. Nawet spoko się kręciło, tylko wiało znów upierdliwie, co odczułem szczególnie na polach, których nie brakowało na trasie z domu przez Lasek Dębiński, Starołęcką, Czapury, Babki, Daszewice, Borówiec, Gądki, Robakowo, Szczodrzykowo, Krzyżowniki, Tulce, Żerniki, Krzesiny, Starołękę i znów Dębinę. Ale poza tym w końcu odczułem wiosnę, mimo że nie odważyłem się jeszcze po dziesiątej rano jechać w zestawie letnim.

W powietrzu wiosna w pełni!
Jeszcze na specjalne życzenie kolegi Lapeca - wisus :) Niestety zdjęć z akcji, czyli zabawy, nie da się wkleić, bo na co komu fota z czarną rozmazaną plamą? Za to zauważyłem, że Kropa szczeka na wiatr, który porusza roletami - ciekawe, po kim to ma? :)
- DST 51.40km
- Czas 01:50
- VAVG 28.04km/h
- VMAX 51.80km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 265m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Chrzest
Środa, 11 kwietnia 2018 · dodano: 11.04.2018 | Komentarze 8
Trochę nam się ochłodziło, i w sumie dobrze - te jedenaście stopni po dziesiątej rano (a wtedy wracałem) to całkiem milusia wartość, jestem na tak. W końcu wiosna to wiosna, a nie jakieś porąbane lato.
Wyruszyłem ponownie średnio wyspany (tym razem Kropa zaczyna sygnalizować siku, co cieszy i mnie, i panele), ale gotowy do walki, przynajmniej dopóki nie spojrzałem w prognozę, gdzie stało jak byk: wiatr z północnego wschodu. Co oznaczało w wolnym tłumaczeniu: kilkadziesiąt (w sumie prawie trzydzieści) kilosów przez miasto. Za to cieszyło to, co za nim, czyli lubiane przeze mnie okolice Kicina, Mielna i Wierzonki, bo zielono, leśnie i nawet hopkowo.
Najpierw jednak zaliczyłem, po raz pierwszy w tym roku w całości, jeszcze niedawno pływający kawałek Wartostrady. I co, sceptycy oznajmiający wyrzucenie pieniędzy w - nomem omen - błoto? Gów..., eee, chciałem napisać: nic :) Wszystko wygląda jak wyglądało, ubytków brak, asfalt płaski. Miodzio. No, może prócz kawałka na Śródce po bruku, ale niech będzie, że za historyczne walory wybaczam :)

Po minięciu Koziegłów i wjechaniu do lasku na granicy z Kicniem znów zakląłem szpetnie, bo i tu tną, tną, tną... Mam nadzieję,że choć jeden z odpowiedzialnych za ten stan rzeczy łebków miał bliższe spotkanie z uwiecznioną barierką.
Na polach prawie mnie zwiało z roweru, więc po dotarciu do Wierzonki i Karłowic postanowiłem wracać trochę inaczej, genialną drogą kręcąc do Kobylnicy i wsłuchując się w śpiew ptaków, który zmotywował mnie nawet do zdjęcia słuchawek.
Ostatni odcinek to już klasyczna rzeź - wiatr, który pomagać nie chciał, korki, a ostatnie dziesięć kilosów w deszczu zmuszającym mnie do ostrożnej jazdy, szczególnie po mijanych w ilościach hurtowych torowiskach tramwajowych. A co ciekawe, pod domem było sucho, chmura raczyła skumulować się jednie nade mną, śledząc trasę. Hura.
Tu trasa w wersji Relive.
Oj, niełatwy to był wyjazd. A rower przeszedł pierwszy wodny chrzest i aktualnie, jako że nie zdążyłem podjechać na myjkę, wygląda jak S(h)rek, a nie Trek :)
- DST 51.45km
- Czas 01:46
- VAVG 29.12km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 224m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Ropując
Wtorek, 10 kwietnia 2018 · dodano: 10.04.2018 | Komentarze 6
Najpierw raport ze szczeniakowego frontu: powoli komendy zaczynają skutkować, więc prócz przerwy około piątej rano na przeflancowanie psa z okopów "od podłogi do łóżka" na swoje posłanie nawet się wyspaliśmy. Choć słowo "nawet" ma tu spory margines optymizmu :)
Ruszyłem około 8:30, licząc na jakiś sympatyczny wynik, ale znów było "tak se", bo kawałki miejskie (Poznań) i wiejskie (Luboń) sporo mnie kosztowały, a do tego klasycznie wiatr śledził mnie bardzo pilnie, coby nie ułatwić sprawy wiejąc z jednego kierunku. No i na samym początku, przejeżdżając przez Lasek Dębiński musiałem uważać podwójnie, bo Naród (koniecznie z dużej) tak prorodzinnie celebrował niedzielę wolną od handu, że rozbitych butelek i innego syfu leżało jeszcze sporo.
Natomiast co innego leżało, a w sumie pełzało mi koło koła (ciekawe wyrażenie) na asfalcie za Jaryszkami. Początkowo nie skojarzyłem co to, więc się cofnąłem i wiedziałem, że już to widziałem w tym roku, ale nie na żywo, tylko u naszego duetu: Ania + Grigor :) A że szkoda mi się zrobiło, bo ropuchy ewidentnie były zajęte konstruowaniem młodego płaza, to zsiadłem z roweru i dałem znak kierowcy tira, który zbliżał się powoli, żeby nas ominął aż nie przejdą na trawkę. Tym samym mam na koncie dwa, a w sumie to trzy, uratowane ropusze duszyczki :)

Żeby nie było za ekologicznie, to w Łęczycy znów piłują, tym razem poleciało kolejne drzewo, które cholera wie komu przeszkadzało. Więcej, jeszcze więcej pustyni, bądźmy drugą Libią! W sumie Kaczafiego już mamy... :)
Trasa dzisiejsza: 'muminek" w wersji klasycznej: dom - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Poznań.
- DST 72.10km
- Czas 02:29
- VAVG 29.03km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 224m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Wyjcomotywator
Poniedziałek, 9 kwietnia 2018 · dodano: 09.04.2018 | Komentarze 6
Nadszedł dzień wytrzymałości czteronogiego kurdupla, jak i - a może przede wszystkim - sąsiadów. Wczoraj zostawiliśmy psa na ponad półtorej godziny i poszliśmy na obiad, dziś już polecieliśmy na całość. Najpierw rano wybrałem się na rower, a potem... O tym kawałek dalej.
Ruszyłem lekko po ósmej, żegnany skomleniem rozdzierającym serce. Ale że twardym cza być i takie tam, więc słuchawki do uszu i wio. Znów byłem niewyspay, bo od czwartej do piątej trwały próby oblężenia i wspięcia się na łóżko, na co się zgodzimy, ale dopiero jak sami o tym zdecydujemy, a nie pod presją, aż w końcu wpadłem na pomysł nalania wody do pustej butelki po płynie do szyb i broń w postaci Pana Syfona załatwiła sprawę, nastąpił foch i można było jeszcze trochę pospać :)
Trasa to klasyczne "kondominium" w wersji o takiej (tam też więcej zdjęć, bo wklejać ich na bloga nie mam siły), czyli Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Poznań. Nawet się spieszyłem, a może bardziej: chciałem się spieszyć, ale tu korki w Luboniu, Mosinie, Komornikach i Poznaniu, tam wahadło w Puszczykowie autorstwa szyszkopodwładnych, no i wiatr, który zmieniając się z południowo-zachodniego na północno-wschodni dobiły mnie kompletnie. 
Ale czekała nagroda: demolki nie było, kilka poobgryzanych książek oraz gazet plus burdel w płytach zaledwie. I ten wzrok niewiniątka pytający: "znaki zębów na egzemplarzach RowerTouru? Ja tam nic nie wiem" :)
Dalszy plan był taki, że jadę do pracy rowerem (starą szosą tym razem) i się z niej wyrywam po dwóch-trzech godzinach, żeby dokonać kontroli. Dojechać w jedną stronę dojechałem spokojnie, ale gdy kręciłem na rekonesans coś mnie podkusiło, żeby zrobić to Dolną Wildą po DDR-ce. Efekt? Tak mocno w pewnym momencie uderzyłem w podłoże podczas zjazdu z (a jak) krawężnika, że usłyszałem tylko specyficzny brzdęk i już wiedziałem, co się święci - szprycha postanowiła zrobić veto i raczej umrzeć niż jeździć po takich gównach jak polskie śmieszki. Po dojeździe do domu, w asyście Kropy, ancymona nad ancymonami wyciągającym papierowe ręczniki spod roweru, zdjąłem koło w celu umycia, mając nadzieję, że ma sens oddanie go dziś na centrowanie. Uprzedzam fakty: w zaufanym serwisie na Półwiejskiej powiedzieli mi, że mają taki zapieprz, że nawet dętek na poczekaniu nie wymieniają, terminy napraw są na za tydzień, ale jak przywiozę tylko koło (bo rowerów już nie mają gdzie wciskać) to postarają się gdzieś między jedną a drugą robotą temat ogarnąć. Jak ja kocham ów "początek sezonu", zawsze to samo... Jakby myślenie o cyklozie zaczynało się dopiero po ułożeniu czterech liter na siodełku, a nie przed tą czynnością.
W związku z tym po jednym kursie z poluzowanym hamulcem, czeka mnie wieczorem jeszcze jeden. A może jutro podjadę już z sama obręczą pod pachą.
Grunt, że pies cały, mieszkanie też, a - jak pokazał zostawiony dyktafon - wycie kończy się po kilkunastu minutach i nikt nas raczej nie oskarży o sadystyczne skłonności :)
Edit: dodałem już wszystkie kilometry przejechane dziś na trasie dom - praca razy dwa.
- DST 51.70km
- Czas 01:50
- VAVG 28.20km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 220m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Człapologia
Niedziela, 8 kwietnia 2018 · dodano: 08.04.2018 | Komentarze 13
Jak człowieka kompletnie wypruć z energii do jazdy? Zrobić pakiet: szczeniak w chałupie + silny wiatr. Sił po tych trzech średnio przespanych nocach miałem gdzieś na poziomie raczkującego rowerowo świeżaka, których zresztą na trasie widziałem dziś tysiące, w konfiguracjach wszelakich :) Było oczywiście i sporo szoszonów, w większości ładnie pozdrawiających. A wiatr? Nawet pisać się nie chce, kto kręcił, ten wie, kto nie - w sumie niewiele stracił. Ja ledwo człapałem, co widać po średniej.
Trasę wykonałem w postaci "muminka", ale dziś w wersji odwrotnej niż zazwyczaj: zacząłem przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, następnie skręt na Rogalinek, tam wspiąłem się na hopkę w celu z niej zjechania, skierowałem na Wiórek, Czapury, Babki, Daszewice, a wróciłem przez Kamionki, Koninko, Krzesiny, Starołękę i Lasek Dębiński do domu. Tego ostatniego etapu nie przemyślałem, bo czułem się jak na nordicwalkingowej autostradzie.
Gdy zatrzymałem się na chwilę na moście nad Wartą, rower prawie mi odfrunął. Tak to mitologicznie w Wielkopolsce nie wieje... :)
...a tak jest płasko :)
Dobrze, że nie wszystkie lasy JESZCZE wycięto, bo robi się powoli malowniczo.
Na śmieszce w Łęczycy sezon w pełni... na trójkołowce z obstawą. Niech ktoś do cholery w końcu zlikwiduje ten zakaz jazdy rowerami zwykłą drogą, bo mam przez tę DDR-kę coraz więcej siwych włosów.
A winowajczyni mojej tragicznej formy kupiła już nas kompletnie :) Jutro sądny dzień - test kilkugodzinnego samotnego zostawania w domu. Jest lekki stresik, nie ma co :)
- DST 52.00km
- Czas 01:50
- VAVG 28.36km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 316m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Pożegnywalnie
Sobota, 7 kwietnia 2018 · dodano: 07.04.2018 | Komentarze 4
Pobudka dziś przypadła aż na szóstą rano, do tego bez gotowej, śmierdzącej niespodzianki na podłodze. Idzie ku dobremu :) Niestety nauka zostawiania psa samemu w pokoju (i mieszkaniu) póki co jest traumą, szczególnie dla sąsiadów. Ale twardym trza być, nie miętkim! A poza tym wychowywanie takiego kurdupla to nieziemskie i pozytywne wyzwanie.
Natomiast ja na rower ruszyłem około dziewiątej, pożegnać rodziców, którzy dziś rano wyjeżdżali z agroturystyki w Radzewicach. Znów jechałem w półśnie i znów wiało mocno, więc tym bardziej nie chciało mi się cisnąć. Zresztą się nie dało, szczególnie na trasie pełnej zakrętów, z domu przez Las Dębiński, Starołękę, Czapury, Wiórek, Rogalinek, Rogalin do Radzewic, tam nawrotka na Rogalinek i dalej Mosinę, Puszczykowo, Luboń do Poznania.
Z drogi szybkie spojrzenie na rogaliński port rzeczny i kamień z serca: coś budują, więc infrastruktura będzie. Plus pewnie kibel :)
Jeszcze tylko motyw ze Starołęckiej - jak pewnie tubylcy wiedzą, na jej odcinku od przejazdu kolejowego w kierunku południowym znajduje się po przeciwnej stronie klasyczna polska śmieszka (kostka, posesje, krawężniki, Lidl), którą jeżdżę jedynie, gdy zdarzy mi się kręcić crossem, natomiast tak jak 99% szoszonów olewam na wąskich kołach. Zdarza się trąbienie, ale o dziwo rzadko, dziś jednak pojawił się troglo w BMW (no bo w czym...) jadący z naprzeciwka, który ewidentnie z premedytacją wyprzedził inny samochód po to, żeby minąć mnie o centymetry i w zamiarze "ukarać" za brak jazdy DDR-ką. Dziękuję, debilu, udowodniłeś mi... że stereotypy mają w sobie sporo prawdy.
Aha, uświadomiłem sobie, że nie podsumowałem marca. Nie ma się czym chwalić, bo był to kolejny rzeźniczy miesiąc, w znacznym stopniu przez zimowy klimat ogarniany crossem. Wyszło z tego 1570 km i średnia 27,3 km/h. Oby teraz było już tylko lepiej :)
- DST 51.00km
- Czas 01:51
- VAVG 27.57km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 152m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
ZaKropiony :)
Piątek, 6 kwietnia 2018 · dodano: 06.04.2018 | Komentarze 10
Pierwsza noc z Kropką na pokładzie, zgodnie z przewidywaniami, lekko się skróciła. Gdzieś do piątej rano, gdy nowy miesz(k)aniec postanowił aktywnie przypomnieć o swojej obecności i niczym wytrawny emeryt przywitał się ze światem. My - chcąc nie chcąc - też, ale oczywiście z tym się liczyliśmy, jednak z ilością tego, co szczeniak jest w stanie z siebie wydobyć - już nie do końca. Powoli myślimy o zmianie imienia na Kupka :)
Nie wiedziałem, czy uda mi się wyjść na rower, ale psa trzeba uczyć, że często domowników nie będzie w domu (w sumie dobra wymówka, a jaka praktyczna!), więc Żona została, a ja ruszyłem po dziewiątej, ze słuchawkami na uszach i w pogotowiu mentalnym, że gdyby za bardzo piszczała, to wracam. Jednak udało się wykonać całe pięć dych, choć dziś było to znów zadanie dość hardkorowe, nie tylko z powodu niewyspania, ale przede wszystkim przez (ehh) wiatr o stałej sile co najmniej 5 m/s z kierunku wszelakiego, byle nie pomocniczego. Przez to średnia masakryczna, wykonana do tego znów w zimowym stroju.
Trasa to kółko na zachód z północnym odchyłem: Poznań - Plewiska - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Palędzie - Plewiska - Poznań. W Więckowicach na chwilę się zatrzymałem po raport z domowego frontu pod tamtejszym pałacem.
A tymczasem koło Giełdy Odzieżowej w Poznaniu... Bardzo mi przykro, że musiałem przerwać tak ważne w kontekście światowych problemów tlące (?) się gdzieś tam w mózgu (?) dylematy co do nowej kreacji :) Jednak nie miałem litości :)
No i znów ten niedługi wpis powstawał jakieś trzy godziny - Kropka w końcu chwilowo zasnęła, już chyba pewna, że jest u siebie :) Nauczyła się dziś reagować na imię, ogarnęła swoje posłanie, zawiązała mocniejsze niż wczoraj więzi z psem moich rodziców (jutro wracają do Jelonki), a nawet wysikała się dwa razy na specjalna matę. I tak w tym ostatnim jest 2:10, ale cieszy, że nie do zera :)

Dobra, póki co na jakiś czas pauza z fotami z psem, to nie fejsbuk, a ja nie "madka" męcząca ludzkość fotami swoich dwunożnych potwor... eee... pociech :)
- DST 51.80km
- Czas 01:47
- VAVG 29.05km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 223m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
No i Kropka :)
Czwartek, 5 kwietnia 2018 · dodano: 05.04.2018 | Komentarze 14
Dobra, to najpierw o pierdołach, bo w końcu to chyba wciąż blog rowerowy :)
Wcześnie rano (między siódmą a ósmą) wykonałem szosą "kondominium" w wersji z Poznania przez Luboń, Komorniki, Szreniawę, Stęszew, Łódź, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo, Luboń i do domu. Zdjęć z trasy nie wklejam, jakby co są na Relive. Wiało solidnie, korki też były - jak to o tej porze na wsiach typu Luboń - spore. Ale w sumie... nie o tym dziś.
Bowiem w końcu nadejszła wiekopomna chwila... :) A wiem, że choć jeden Bajkstatowicz jest zainteresowany tematem... :) No więc: w końcu wzięliśmy psa. Proces adopcji był przeprowadzony od początku do końca pod nadzorem fundacji tym się zajmującej (ankieta, wizyta w domu, zapoznanie wstępne z psimi "kandydatami" na miejscu). Mieliśmy jedynie dwa założenia - pupil miał być albo ze schroniska, albo po prostu w potrzebie, czyli odrzuciliśmy hodowle i ludzi zarabiających grubą kasę na selekcjonowaniu ras (ot, takie moje antyrasistowskie korzenie z młodości, hehe), oraz raczej chcieliśmy szczeniaka, choć nie broniliśmy się przed jakimś kilkuletnim.
Finalnie... ze wsi pod Szamotułami odebraliśmy dziś dumnego dwumiesięcznego wielorasowca, z największym elementem jamnikowości. No i Kropka... jest u nas :) Już przepadliśmy. Samo napisanie tego krótkiego wpisu zajmuje mi już trzecią godzinę, bo pies zdecydowanie czuje się już jak u siebie, stał się fanem czytania gazet zębami, odczuwa lekkie zainteresowanie elektryką (ale kable zabezpieczone), panele póki co są najlepszym substytutem kibla, a ponadto zasypia w pół słowa, ogon działa jak śmigłowiec i jest mega słodki. Co z niej wyrośnie - cholera wie, ale czy to ważne? :) W każdym razie wzięte wolne na najbliższe dni się przyda. Może też trzeba będzie teraz czasem przystopować z rowerem, ale to wyjdzie w praniu. Już wiemy, że Kropa po prostu musiała do nas trafić :)




- DST 53.85km
- Czas 01:51
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 51.60km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 242m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Po kostki
Środa, 4 kwietnia 2018 · dodano: 04.04.2018 | Komentarze 8
Wczoraj deszcz i bezwietrznie, dziś bezdeszczowo, ale już podmuchy konkretniejsze. To kolejny dowód na to, że Bóg nie istnieje, chyba że jedynie jego złośliwa wersja :)
Ale fakt faktem, czekałem na dzień, w którym stwierdzę na trasie, że ubrałem się za ciepło. Nadszedł :) W sumie takie kilkanaście stopni to mój ideał, może być tak cały rok, ekstremom w stylu 25+ mówię stanowcze nie.
Trasę wykonałem ponownie nieskomplikowaną, z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Żabinko i do hopki za Żabnem, gdzie zawróciłem i pokręciłem do domu swoimi śladami.

Jeśli chodzi o średnią mogło być dużo lepiej, ale ten brakujący kilometr z niej został solidarnie na światłach i korkach w Luboniu oraz Mosinie. Nadrobić tego nie zdołałem.
Aha, w Łęczycy znów dziadyga. Dziś udało mi się uchwycić - jak sądzę - jego styl jazdy. Środek ścieżki, prędkość w porywach 15 km/h, a ty weź człowieku kombinuj z wyprzedzaniem, skoro droga jego. Coraz poważniej myślę o zainstalowaniu na kierownicy przenośnej piły mechanicznej :)
No i jeszcze zbliżenie na fragmenty tej samej DDR-ki, tylko już przed wiaduktem w Luboniu, oddanym do użytku całkiem niedawno. Szczerze mówiąc nie znam się na kładzeniu kostki, ale wiem jedno - fachmani, którzy to montowali również nie :) Pływa się po tym jak po górskim strumyku.

- DST 52.00km
- Czas 01:55
- VAVG 27.13km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 282m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Powitalnie
Wtorek, 3 kwietnia 2018 · dodano: 03.04.2018 | Komentarze 12
Idzie wiosna, powiadali. Będą idealne warunki, twierdzili. Od wtorku tylko śmigać, mówili.
I co?
I deszcz. Od rana padało, raz mocniej, raz słabiej, ale padało. Początkowo miałem nadzieję, że przejdzie czy coś (z naciskiem na "czy coś"), ale nic z tego - ruszyłem więc crossem, choć marzyła się szosa, bo wiatr w końcu przystopował i nie gnoił.
Wyjątkowo kierunek wypadu: Poznań - Luboń - Łęczyca (dziadyga był, a owszem) - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice i z powrotem, nie zależał ode mnie, a od osobistych rodziców, którzy wylądowali w tej ostatniej miejscowości w zaprzyjaźnionej agroturystyce na kilka dni. Ja wstępnie miałem je też mieć wolne, ale ludziuff w pracy nie ma, więc póki co łatam w niej luki, a na rodzinne integracje czas przyjdzie dopiero później. Dziś więc tylko krótka wizyta powitalna, szybkie ciasto, herbata i z do domu, gdyż w samo południe musiałem wylądować w swoim kołchozie.
Przy okazji zajrzałem do portu rzecznego, który jakoś tak... zbiedniał. Nie ma ławeczek, nie ma pomostu, nie ma miejsca na ognisko, a także - o zgrozo! - przenośnego kibla. Mam nadzieję, że to tylko kwestia pozasezonowości i wszystko wróci na swoje miejsce, bo to naprawdę fajne miejsce. Jak i same Radzewice.

Tutaj Relive.
Mam nadzieję, że kolejne dni będą już bez niespodzianek. Wiem, nadzieję to ja sobie mogę mieć... :)






