Info
Suma podjazdów to 791174 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec22 - 45
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.30km
- Czas 02:05
- VAVG 25.10km/h
- VMAX 41.50km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 155m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Hirschberger Strasse
Wtorek, 25 grudnia 2018 · dodano: 25.12.2018 | Komentarze 16
Dziś wpis na szybko, ze względów rodzinno-każdych innych.
Od rana padało, ale w końcu przestało. Przygotowany oczywiście byłem na to, że gdy ruszę, będzie po chwili zupełnie odwrotnie, co częściowo się stało, jednak na szczęście bez tragedii - głównie kropiło i obyło się bez większych ulew.
Trasa to spontan, więc wygląda jak rozpaćkany dinozaur. Ruszyłem koło dziesiątej, z Dębca przez Kopaninę, Grunwald, Junikowo, Skórzewo, Wysogotowo, Dąbrowę, Zakrzewo, serwisówki, Dąbrówkę, Palędzie, Gołuski i Plewiska do Poznania. Miasto było cudowanie puste (czemu nie może tak być codziennie?), więc mimo warunków oraz dość silnego wiatru kręciło mi się mentalnie znakomicie, choć wolno. Odkryłem przy okazji nową serwisówkę wzdłuż S11, która ma nawet wstęp, rozwinięcie i zakończenie :) No i swoją nazwę, idealnie pasującą na BS:
Z okazji przybycia do Poznania silnej, trzyosobowej (bo pies też człowiek) reprezentacji Jeleniej Góry, nawiedziłem po raz pierwszy ulicę... Jeleniogórską. No dupy nie rwie :) Za to krzyżuje się z Kamiennogórską, na której wyhaczyłem idealną z nazwy knajpę - Sloik :)
A kawałek dalej góry :P
Tu zaś robi się toto dobre, dość okrągłe, z ryżu.
Nie da się w dni robocze przeoczyć tego zakładu, bo snuje się nad nim genialna woń w "klimacie" popcornu. Lepiej pachnie jedynie na Garbarach, przy palarni kawy Astra :)
TUTAJ, jak zwykle, Relive. A zaległości na BS, również jak zwykle, później :)
- DST 53.20km
- Czas 01:56
- VAVG 27.52km/h
- VMAX 50.30km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 221m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
WeSSołych :)
Poniedziałek, 24 grudnia 2018 · dodano: 24.12.2018 | Komentarze 8
Spokojnie, wbrew tytułowi nie zapisałem się do ONR-u :) Podwójne "S" jest wynikiem wybranej na dziś trasy, której środkiem był duet miejscówek na tę literę, czyli północno-zachodnia pętelka: Dębiec - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszynek - Psarskie - Kiekrz - Rogierówko - Kobylniki - Sady - Swadzim - Lusowo - Zakrzewo - serwisówki - Plewiska - Poznań.
Było zimno, w sporej mierze miejsko (choć przyznać trzeba, że nawet przejezdnie, prócz świateł oczywiście), no i najważniejsze, niestety - wietrznie. Arktyczny wiatr zmiażdżył u mnie jakiekolwiek zakusy do walki, stąd wynik jest, jaki jest, służący tylko jednemu - zaliczeniu tych swoich pięciu dych.
Atrakcji za wiele nie było, bo kierowcy wyjątkowo uprzejmie zachowywali się na drogach, choć oczywiście i tępoty nie dało się uniknąć, przecież jeździłem po Polsce przez prawie dwie godziny :)
Na Golęcinie trafiłem na częściowo idealne hasło. Trzeba by jedynie usunąć z niego słowo "przedszkole" oraz kompletnie niepotrzebny wizerunek dwunożnego ssaka (które zaparkowało mi nie wiadomo kiedy na ramie) i byłoby git :)
Na Koszalińskiej zaś, w miejscu jedynie słusznym do zrobienia foty, napotkałem minus wynikający z plusów - solanka służąca do zapewnienia komfortu rowerzystom powodowała, że w takie dni jak dzisiaj gorzej jechało się niemal idealną DDR-ką niż drogą.
Wszystkim życzę sympatycznego odpoczynku i udanego rowerowania, jeśli do niego dojdzie. Czy mi się uda to drugie, się dopiero okaże, bo prognozy zapowiadają syf z nieba, a i rodzinką z Jeleniej, która zawitała do Poznania, trzeba się zająć. No i oczywiście jeszcze jednym czworonogiem do wyspacerowania :)
Nadrabianie BS-owych zaległości też będzie opóźnione, bo już czas nagli.
Relive TUTAJ.
- DST 31.70km
- Czas 01:16
- VAVG 25.03km/h
- VMAX 42.00km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 128m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Ponadpółglut
Niedziela, 23 grudnia 2018 · dodano: 23.12.2018 | Komentarze 13
Tyle razy doświadczenie uczyło - nie ufaj prognozom. A człowiek - niczym bita żona alkoholika - wciąż ufa, choć już nie wierzy. I mam za swoje ;)
Padać miało od jedenastej rano. Istniało więc ryzyko że jeśli ruszę po dziewiątej, to zmoknę. Wybrałem się więc crossem, jak to człowiek rozsądny. Wsiadłem na rower, wykonałem kilka pierwszych ruchów nogą i... zaczęło padać. Na początku niemrawo, ale gdy przez Hetmańską dotarłem do Starołęckiej, już całkiem solidnie. W związku z tym postanowiłem zdecydowanie skorygować plan na dziś i przez Lasek Dębiński skierowałem się bliżej domu. A że byłem już tam, gdzie byłem, to łyknąłem (nawet dosłownie, bo błocko wyjmowałem potem z zębów) troszkę łagodnego terenu.

Kilometrów było mało, bo zaledwie sześć, co nie zalicza się nawet do kategorii półgluta, kręciłem w związku z tym dalej. Zahaczyłem o mój ukochany Luboń, następnie Łęczycę, Wiry, Komorniki i wróciłem jak niepyszny, za to przemoknięty (bo potem już centralnie lało, co widać na Relive), do chałupy. No i miało być tak pięknie, a skończyło się jak (prawie) zawsze. A ten się jeszcze brechta :)
Po południu zaliczyłem jeszcze z Kropą spacer po Dębinie. Jednak zanim do niej dotarłem, musiałem pokonać przejście dla pieszych. Niby prosta sprawa, tym bardziej, że kierowca z lewej grzecznie się zatrzymał, żeby mnie przepuścić. Tymczasem po prawej ukazał się pędzący na granicy "spalonego", czyli czasowej utraty prawka - nie bójmy się tego słowa - debil. Nie dość, że nie zwolnił (a miał na to sporo czasu), to jeszcze zatrzymał się z piskiem opon w ostatniej chwili, na deser serwując mi jeszcze... przeciągły klakson! Oj, mam nadzieję, że małolaty, które siedziały z tyłu, odnotowały skrzętnie tę sporą dawkę łaciny mojego autorstwa wobec tatusia. Choć pewnie już ją od niego słyszały nie raz na trasie - bo pewnie nie byłem pierwszym pieszym decydującym się wykonać tak bezczelny manewr jak wejście na zebrę...
- DST 53.50km
- Czas 02:08
- VAVG 25.08km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 127m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Huragannie
Sobota, 22 grudnia 2018 · dodano: 22.12.2018 | Komentarze 12
Bardzo się cieszę, iż udało mi się dziś pojeździć.
OK, codzienna dawna chorego optymizmu wykorzystana, czas na realia :)
Co, do cholery, było dziś z tym wiatrem? Jeszcze zanim ruszyłem, co nastąpiło po dziewiątej rano, miałem wrażenie, że widoczne za oknem gałęzie mają naglącą potrzebę poczucia ducha świąt, tak intensywnie kierowały się ku pobliskim budynkom. Gdy zaś już znalazłem się na zewnątrz, najpierw lekko mnie rozpłaszczyło na ścianie, za co serdecznie przepraszam kochanych sąsiadów, a dopiero po chwili byłem w stanie wsiąść na rower :)
Na szczęście za środek transportu wybrałem dziś ponownie crossa, dzięki czemu jakoś udało się nie odlecieć, za to były fragmenty, gdy stając na pedałach ledwo wyciągałem 15 km/h. Powrót był bardziej sympatyczny, choć też bez cudów, bo się oczywiście kierunek podmuchu skorygował z południowo-zachodniego na północno-zachodni, czyli zostałem ofiarą zboka.
Trasa: Poznań - Plewiska - serwisówki - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Połowa z tego w deszczu, raz silniejszym, raz słabszym.
Ten wyjazd zabił we mnie całkowicie kreatywność, na szczęście było dziś niebo, niech więc ono stanowi klu dzisiejszego wpisu. Ja postaram się zaś tę męczarnię wykasować z pamięci :)


TUTAJ Relive.
- DST 51.00km
- Czas 02:00
- VAVG 25.50km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 146m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Ponadglutowo
Piątek, 21 grudnia 2018 · dodano: 21.12.2018 | Komentarze 53
Wczoraj nad Poznań przyleciała wielka kloaka z białym gów... to znaczy puszkiem, która zmusiła mnie do pozostaniu w domu i przywitania się z chomikiem (32 km, ze średnią w okolicach 31 km/h), co jak zwykle było dość traumatyczne, nawet mimo nadrobienia zaległości z serialem "Westworld". Zadowolona była jak zwykle tylko Kropka, która dostała gratis spacer po pierwszym z życiu większym śniegu. Prócz nurkowania w zaspach i szczekania na spotkane po drodze bałwany, różnica była podstawowa i diametralna - kijki były bardziej białe :)
Dzisiaj spodziewałem się powtórki z rozrywki, ale... No właśnie. O dziwo zrobiło się w nocy trochę cieplej, breja na drogach się roztopiła i można było zrobić podejście do jazdy crossem. Namawiać mnie za długo nie trzeba było, więc ruszyłem dziarsko po dziewiątej. Akurat zaczął padać deszcz, ale skoro już tyłek został na siodle usadzony, to przynajmniej glut był obowiązkiem. Zacząłem od Opolskiej...
...następnie przeturlałem się przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, by w Rosnowie zatrzymać się na chwilę przy "moim" widoczku, dziś w zimowej scenerii.
I w tym miejscu miałem zawracać, ale... Pojechałem dalej. Bywa :) Tak mnie bowiem zachęcił brak opadów, a także - mały bo mały, ale istniejący - zapas czasu, że postanowiłem dokręcić do pięciu dych. Co wykonałem na jednej z klasycznych tras, czyli przez Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska do domu. Generalnie było całkiem przejezdnie, póki się nie skręciło gdzieś w bok. Bo jak się skręciło... :)
Ostatnie dziesięć kilometrów wracałem (oczywiście) już w deszczu. W drodze powrotnej wstąpiłem jeszcze po odbiór żarła ze sklepu ze zdrową żywnością. Może i ono jest dobre dla zdrowia, ale dla portfela na pewno nie :)
Na drogach paradoksalnie było dość bezpiecznie. Za wyjątkiem zachowań kurierów (dziś Poczta Polska i DHL rywalizowały na poziom tępoty), którzy jak zwykle o tej porze zachowują się jak poje...chani.
Relive TUTAJ. A jutro prawdopodobnie znów deszczowo :/
- DST 53.20km
- Czas 01:57
- VAVG 27.28km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 251m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Zależnie
Środa, 19 grudnia 2018 · dodano: 19.12.2018 | Komentarze 13
Gdyby ktoś się mnie zapytał, czy pogoda się dziś zepsuła czy poprawiła, odpowiedziałbym prosto, precyzyjnie i konkretnie: to zależy :)
Największy plus to brak opadów. No i słońce, które gdzieś tam nieśmiało momentami ukazywało swe zmienne oblicze na horyzoncie. I tak jak w całej rozciągłości nienawidzę owego żółtego karła latem, gdy robi mi z mózgownicy jajecznicę, tak zimą moje uczucia wobec niego się nagle ocieplają.
Były plusy, czas na listę minusów. Przede wszystkim jeszcze dość śliskie drogi, po których poruszałem się nad wyraz ostrożnie, co odbiło się na średniej, która nawet jak na zimę przy jeździe szosą średnio (czyli zgodnie z nazwą) przystoi. Temperatura też nie powalała, ale najwięcej minusowych punktów zgarnął dziś zimny i mocny wiatr, czyli taki, jakiego mi wcale a wcale nie brakowało ostatnimi dniami.
Wykonałem "L"-kę, lub jeśli się patrzy z perspektywy Relive - pysk z wielkim nosem - w wersji w tę i z powrotem: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Rogalin - Świątniki i na wysokości Polski w pigułce, czyli oflagowanego stanowiska z grochówką i bigosem oraz grzybiarką w tle, zawróciłem.


Miło, że znów mogłem pojeździć szosą, choć do komfortu sporo zabrakło. Od jutra ponownie straszą gołoledzią, a następnie deszczami. Zobaczymy :/
- DST 31.40km
- Czas 01:15
- VAVG 25.12km/h
- VMAX 41.00km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 102m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut BGŻ
Wtorek, 18 grudnia 2018 · dodano: 18.12.2018 | Komentarze 7
No i znów dałem się oszukać. Co prawda miałem pewne podejrzenie, iż jestem robiony w konia, gdy koło dziewiątej minut trzydzieści ruszałem crossem w drogę, wykorzystując pogodową lukę. Od rana bowiem padało, mniej lub bardziej, a nagle przestało. No ale co, zastanawiać się nie było nad czym... Hyc! :)
Czasu miałem mało, bo w samo południe musiałem być w pracy, więc starałem się streszczać. A starania i realizacja to jak wiadomo dwie różne rzeczy, szczególnie, gdy się wyląduje na Starołęckiej (a trafiłem tam objazdem przez Hetmańską, gdyż wiało ze wschodu) i zakwitnie tam w korkach, na światłach, przejściach dla pieszych oraz obowiązkowo na zamkniętych rogatkach. Potem na szczęście było już ciut lepiej, bo przestrzenie zaczęły być przejezdne, za to owinęła mnie mieszanina smogu i lekkiej mgiełki.
Jak widać, tragedii na drogach jeszcze nie było. Przez Krzesiny i Jaryszki dotarłem do opłotek Żernik, stamtąd skręciłem sobie na wiadukt nad S11 i zawróciłem w kierunku domu. Od tego momentu zaczęła się klasyczna mżawica, a następnie regularny deszcz ze śniegiem. Oj, ciężkie to były kilometry, bo opad z niską temperaturą to nie jest połączenie, o którym bym jakoś specjalnie marzył :)
Skróciłem powrót przez Lasek Dębiński. Było... wesoło :) Ale obyło się bez przywitania z podłożem, tak więc rozwijam ten niby bankowy tytuł - glut to był Bez Gleby Żadnej :)
Miał być chomik, jest glut, w warunkach mało rowerowo intuicyjnych. To chyba jednak powód do zadowolenia :)
Relive TUTAJ.
- DST 60.10km
- Czas 02:06
- VAVG 28.62km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 204m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Dwa światy
Poniedziałek, 17 grudnia 2018 · dodano: 17.12.2018 | Komentarze 11
Dziś trafił się ostatni wolny dzień przed świętami, więc była spora pokusa, żeby się porządnie wyspać. Częściowo mi się to udało, bo drzemałem do dziewiątej, ale jednak jakiś wewnętrzny głos wygrał i zmusił mnie do wyjazdu niedługo później. Jak się okazało - czasem i facet ma coś takiego jak kobiecy instynkt :)
Wyruszałem w całkiem sympatycznych warunkach - mimo małego minusa na termometrze nie jechało się źle, bo nieśmiało wyglądające słońce ogrzewało pysk, a także drogi. Oczywiście należało zachować wzmożoną czujność, gdyż wybierając szosę jako środek transportu mogłem się liczyć z drogowymi niespodziankami, czyli pisząc wprost: poślizgami. Na szczęście obyło się bez, choć jak zwykle najweselej było na śmieszkach. Ta w Łęczycy, oczywiście obowiązkowa, bo z kwitnącym równolegle zakazem, była aż beczką śmiechu. Takiego autorstwa wąsatego wujka sypiącego sucharem znad parującego bigosu :)
Wykonałem "kondominium", czyli: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Witobel - Stęszew - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Jadąc tę trasę ostatnio byłem pewien, że póki co nastąpił tam koniec remontów, ale niestety - jak się okazało one dopiero zakwitły. Tym samym na kilku kilometrach między Dymaczewem a Stęszewem stałem na wahadłach trzy razy, łącznie kilkanaście minut. I pewnie dałbym radę wcisnąć się gdzieś między czerwonym a czerwonym na każdym z nich, ale aż tak mi się nie spieszyło, za to wykorzystałem ów czas na oddzwanianie, bo jak się okazało, praca beze mnie żyć nie może, dokładnie przeciwnie niż ja bez niej :)
Po bokach wciąż rośnie obcy - i tu już nie ma bata, to będzie DDR-ka :/
Całkowity dystans został powiększony o zakupowy wypad, który zaplanowałem sobie jako szybkie sprawdzenie, czy moja pierwotna szosa, czyli Ventyl, nadaje się jeszcze do czegoś prócz podpierania ściany. O dziwo nic z niej nie odpadło, dojechałem w całości, choć jakość jazdy względem T-rek(s)a jest... dość ciekawa :)
Gdy wracałem, nagle jakby jeden z pogodowych światów zniknął, a wyłonił się drugi. W ciągu niecałych trzech godzin z błękitnego nieba nic nie pozostało, a pojawiła się śnieżyca, o której w prognozach nie było ni hu hu. Gdybym ruszył z pół godziny później, miałbym ciekawy powrót - czyli nie ma jak wspomniana intuicja :)
Jutro raczej chomik - bo co prawda padać przestało, ale to, co zostało na drogach w nocy zamarznie, a jeśli będzie ślisko, to ryzykował nie będę.
Na koniec - póki co ostatni na ten tydzień - obrazek z serii "nie wiem o co ci chodzi, że nie lubisz tego białego czegoś" :)
- DST 52.50km
- Czas 02:03
- VAVG 25.61km/h
- VMAX 41.50km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 205m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Deżawuując
Niedziela, 16 grudnia 2018 · dodano: 16.12.2018 | Komentarze 10
Deja vu - to pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się przy podsumowaniu dnia. Tak jak wczoraj najpierw zepsuł mi się humor na widok białego gów... to znaczy puszku za oknem, tak samo zaliczyłem więc godzinny spacer z Kropą (lobbystka jedna, hehe), by finalnie wykonać crossem jedyny słuszny dystans. Były jednak różnice - dzisiaj napadało już całkiem sporo, wszędzie odchodziła akcja "skrobanka" (nie, o liberalizacji prawa aborcyjnego wciąż nie ma mowy), więc aż do samego wyjazdu nie byłem pewny, czy do niego dojdzie.
Gdy już ruszyłem, o dziwo źle nie było. Drogowcy stanęli na wysokości zadania, co prawda sól to żadna przyjemność, ale czasem konieczność, do tego zrobiło się na termometrze zero, więc jakimś cudem śliskość zniknęła. Choć na wiaduktach i mostach jak zwykle panował specyficzny mikroklimat :)
A tam, gdzie było ok, znów spotkałem niechcianego gościa :) Powoli się przyzwyczajam, ale jak się okazało nie tylko ja mam z tym problem.
Trasa to "kotek bez nóżek": Dębiec - Hetmańska - Starołęcka - Czapury - Babki - Daszewice - Kamionki - Borówiec - Gądki - Robakowo - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Starołęka - Hetmańska - Dębiec. Na chwilę skręciłem sobie w Babkach w prawo, bo ostatnio w Googlach wyszukałem, że jak minę jednostkę wojskową, to trafię na alternatywną drogę do Rogalinka. Cóż, faktycznie, była :) Zawróciłem dość szybko na jej widok - może innym razem :)
"Idą święta, idą święta, w rzeźni kwiczą już zwierzęta" - śpiewał sobie kiedyś Big Cyc. No ale nie dziś, przynajmniej w Robakowie - tam cichutko z okazji niedzieli, czyli czas na ostatnią wieczerzę dla niektórych istot. Od jutra do dzieła, żeby na narodziny Boga stoły były pełne!

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak Nadleśnictwo Babki zgrabnie zrobiło sobie reklamę, wycinając kawał lasu przy swojej siedzibie. Jak na moje śmiało można je nazwać Pod(łe)leśnictwem :)
Moja ulubiona, windowsowa hopka dziś lekko w bieli :)
A tak w sumie to całkiem sympatycznie mi się jechało - nie wiało mocno, gleby nie było (bo liście już posprzątane), tylko ruch spory, głównie z choinkami na dachach. No i nogi zmarzły. O dziwo wyszedł powolny - ale wbrew początkowi dnia - milusi wypad. A zadowoleni byli chyba wszyscy :)
- DST 53.00km
- Czas 02:02
- VAVG 26.07km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 186m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Pośniegowo
Sobota, 15 grudnia 2018 · dodano: 15.12.2018 | Komentarze 7
Mój ostatni w miarę wolny weekend w tym roku (wiem, brzmi to przerażająco) rozpoczął się... śniegiem. A w sumie śnieżkiem, którego w żadnej prognozie pogody nie było, prócz tej polegającej na spojrzeniu za okno. Czyli jedynej wiarygodnej :) Nie martwiło mnie to jednak specjalnie, bo wiedziałem, że koło południa temperatura wzrośnie powyżej zera, a opad nie będzie groźny i uda się coś wykręcić crossem.
Żona rano pojechała do Teściowej z tajną misją, a ja skorzystałem ze śniegowej okazji i poleciałem z psem na godzinny, sześciokilometrowy spacer, z którego wróciłem równie usyfiony jak Kropa. Gdy nie jestem na rowerze lubię to. A po powrocie nastąpiło niespieszne osiodłanie roweru oraz start.
Już nie padało, ale drogi były wciąż mokre, lecz na szczęście nie białe. Z szosą nie ryzykowałem, choć widziałem na trasie dwóch odważnych kolarzy. Ja jednak powoli, spokojnie i bezstresowo czołgałem przed siebie, wykonując "muminka z wypustką na głowie" w wersji: Dębiec - Hetmańska - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. O takiego.
W końcu miałem chwilę czasu, żeby zatrzymać się przy kościele na Krzesinach, czyli o dziwo prawie jak u siebie - bowiem druga (więcej w Polsce nie ma) tego typu świątynia zbudowana w stylu norweskim znajduje się w Karpaczu :)
Zima idzie, czymś grzać trzeba. A jak się nie ma samochodu dostawczego, to się konstruuje rower cargo. Nie ma co, byłem pełen podziwu podczas wyprzedzania, na wszelki wypadek jednak wykonałem ten manewr na szerokości :)
Przed Sypniewiem zauroczyła mnie pewna leśna szkółka, na tyle, że postanowiłem poznać ją od środka.
Jak się okazało - nie byłem tu pierwszy. Czy ta butelczyna świadczy o tym, że to małp(k)i gaj? :)
No i na szczęście dziś nie miałem żadnych niebezpiecznych sytuacji drogowych. Chyba znam jednak tego powód - wszystkie PZ-ty były akurat w trakcie kiszenia się podczas wjeżdżania do Poznania. Tu obrazek z mojej "ukochanej" Starołęckiej. Wyjątkowo jechałem w dobrym kierunku :)
PS. Wydaje mi się, że mogę wymienić co najmniej jedną lobbystkę porannych opadów, nieważne - śniegu czy deszczu :)







