Info
Suma podjazdów to 799329 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Sierpień22 - 17
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 72.60km
- Czas 02:46
- VAVG 26.24km/h
- VMAX 51.80km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 196m
- Sprzęt Czarnuch :)
- Aktywność Jazda na rowerze
Urrrr(y)wał i serwisował
Poniedziałek, 8 lipca 2019 · dodano: 08.07.2019 | Komentarze 9
Całe piętnaście stopni na plusie było najfajniejszą informacją dzisiejszego dzionka :) Resztę wolałbym przemilczeć, ale niestety nie da się zapomnieć o tym, co zimny huragan robił ze mną na polach. Chociaż wolałbym mieć taką moc :)
To, że szosa była niedysponowana, w sumie niewiele (prócz smuteczku) zmieniło w męczarniach - i tak duło z zachodu, gdzie z terenów zadrzewionych mogę wymienić... no nic nie mogę wymienić. Za to pola mieszają się z serwisówkami. A na wypad w teren nie miałem dziś wybitnie czasu, gdyż musiałem być punktualnie w pracy. Pozostało przetestowanie Czarnucha w środku asfaltowego cykloniku.
Trasa: Dębiec - Szachty - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Trzebaw - Dębienko - Kręplewo - Joanka - Trzcielin - Konarzewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - dom.
Zdecydowanym plusem kółek 29 jest to, że nie muszę się szczypać jazdą naokoło, tylko na przykład Szachty przejechałem na szagę, część asfalten, a część jakimiś polnymi ścieżynkami. Przy okazji nie omieszkałem zatrzymać się na pomoście, jak widać po śladach bardzo lubianym przez ptactwo, oraz przy wieży.


W Dąbrówce budują Sejm :)
A teraz do kwestii naprawczych: daleko nie musiałem szukać miejsca, gdzie mogę udać się z T-rek(s)iem w celu diagnozy. Ponownie poratował mnie sympatyczny pan z serwisu przy tunelu na Dębcu, który dostał szosę w swe łapki przed południem, a po szesnastej zadzwonił z informacją, że jest ona do odebrania. I to mimo całkiem pokaźnej kolejki innych sprzętów do ogarnięcia. Przy okazji tego, z czym przyjechałem (czyli dokręceniu kasety, czyli banał, ale bez narzędzi ani rusz) jeszcze wyczyścił mi napęd, wyregulował przerzutki, dokręcił bębenek w felernym kole, usunął luzy w kierze i coś tam jeszcze, biorąc za to niewygórowaną cenę. Brawa i dzięki. Szkoda tylko, że poza "sezonem" ów punkt naprawczy jest tylko w soboty.
Dystans dzisiejszy wygląda więc następująco: najpierw pięć dyszek plus na Czarnuchu, potem również nim do pracy, po południu szybkie wyrwanie się w ramach przerwy z roboty po odbiór szosy, kawałek jazdy na jednym rowerze, a z drugim pod pachą, i znów powrót do pracy i z powrotem, tym razem szosą.
- DST 53.30km
- Czas 01:54
- VAVG 28.05km/h
- VMAX 52.60km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 143m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
O (z)boże, awaria oraz Pan Mercedes
Niedziela, 7 lipca 2019 · dodano: 07.07.2019 | Komentarze 17
Na początek zacznę
od… końca. Bo niestety humor mam lekko skwaszony, jak zwykle, gdy
coś szwankuje w rowerze. Otóż zauważyłem dziś jadąc, że jakoś
dziwnie, lekko, ale jednak, "faluje” mi koło. Jechać się dało,
choć były problemy z niższymi biegami (raz nawet spadł mi
łańcuch). Stwierdziłem, że na trasie nie będę niczego
rozkręcał, i – jak się okazało – dobrze zrobiłem. Bowiem po
powrocie, gdy odkręciłem koło… wypadły mi luźne zębatki z
kasety. Z jakichś
powodów się wykręciła (oczywiście klucza nie mam), a ja boję
się pomyśleć, co jeszcze wyjdzie, gdy uda mi się
przetransportować szosę do serwisu (mam raczej złe przeczucia czy jakaś część nie pękła, bo będzie problem).
Jakoś poskładałem napęd na słowo honoru i będę musiał jutro
gdzieś wyprosić o szybką diagnozę oraz interwencję… :/
Co do samego wypadu
– wiało koszmarnie, chyba dziś w całej Polsce tak samo. Co
prawda miałem inne zmartwienia (wymienione powyżej), ale jakoś
trzeba było te swoje pięć dych zrobić. Z naciskiem na słowo "jakoś”,
nie mylić z "jakość”, bo tego zdecydowanie zabrakło.
Trasa to zachodni coś: Poznań – Plewiska – Dąbrówka – Palędzie – Dopiewiec
– Dopiewo – Trzcielin – Konarzewo – Chomęcice – Szreniawa
– Komorniki – Wiry – Luboń – Poznań.

Podpoznańskie pola
zaczynają wyglądać tak, jak powinny latem, czyli mimo suszy kwitną
zboża, na razie nieśmiało, ale dobrze, że w ogóle. Na tym kończę
kącik rolniczy na dziś :)
Aha, dowiedziałem
się, że jestem pedofilem :) Skąd? Ano mam swojego hejtera, który
usilnie domaga się uwagi (w końcu się zlitowałem) pod jednym z moich filmików (dokładnie pod TYM). Z
ciekawości zerknąłem, kto zacz, ale wiem jedynie, że ów
dżentelmen lubi sobie jeździć Mercedesem po Frankfurcie i kręcić
z komórki (lub kamery) w ręce (nie jest to wideorejestrator) to, co
za szybką. A w wolnych chwilach życzy mi śmierci – ot, taka
pasja. Lepsza niż żadna :) W sumie fajnie jest mieć swojego Pana Mercedesa :)
- DST 62.10km
- Czas 02:04
- VAVG 30.05km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 194m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Goniąc króliczka :)
Sobota, 6 lipca 2019 · dodano: 06.07.2019 | Komentarze 6
"Hurra!"-ki dziś były dwa - znakomita temperatura (osiemnaście stopni) oraz zachmurzone, mrocznie malownicze niebo.
"NieHurra!"-kiem był za to wiatr, który na trasie zmienił mi się z południowego na północny, oczywiście wtedy, gdy wracałem, ale w sumie nie było z nim tak najgorzej.
Trasa to najbardziej klasyczne z klasycznych "kondominium": Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Krosinko - Dymaczewo - Łódź - Witobel - Stęszew - Dębienko - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Bez przygód, choć nie powiem, korki w Mosinie oraz Stęszewie mnie zaskoczyły, ale przecież jutro jest niedziela bez handlu, trzeba więc zaopatrzyć się na cały tydzień.
Na granicy Witobla i Stęszewa koszmarek rośnie w siłę. Już nie ma złudzeń - to będzie DDR-ka, najbardziej biało-czerwona z rodzimych, bo z kostki, z falami Dunaju i obowiązkowo z przejazdem z prawej na lewą. Tak, przypominam, mamy XXI wiek, a nie lata 90. wieku XX...

Skoro już jestem przy śmieszkach - gdy jechałem sobie tą w Łęczycy, na horyzoncie ukazał mi się jeden szoszon, który nie tylko zignorował zakaz jazdy rowerem (fakt, abstrakcyjny, ale tylko na takie nie mam patentów na wytłumaczenie się przed policją) oraz wszystkie możliwe czerwone światła.
Postanowiłem sprawdzić, czy go dogonię, kręcąc antyrowerowymi wynalazkami i przestrzegając przepisów. Pojechałem naokoło, bo się inaczej nie dało, postałem chwilę na wjeździe z podporządkowanej, odstałem swoje na światłach i.. dogoniłem. Tylko jak się okazało nie tego. Podobni byli :) Pozdrowiłem i zacząłem dalszy pościg. W Mosinie dogoniłem króliczka :) Właściwego. Tyle że po sekundzie już każdy jechał w swoją stronę, więc nie zdążyłem dopytać o to, jakim cudem wciąż żyje.
Z innych polskich klasyków...
No i w końcu mam chwilę na podsumowanie czerwca. W mega upalnym, więc ciężkim miesiącu, zrobiłem 1735 kilometrów, ze średnią 28,8 km/h, w tym wpadła jedna stówa do Czyśćca i jedna Przełęcz Karkonoska wykonana na trupie. Ujdzie :) De tego doszło prawie 95 kilometrów spacerów z Kropą.
Dystans - jak zwykle - zawiera dystans "pracowy".
- DST 63.10km
- Czas 02:31
- VAVG 25.07km/h
- VMAX 52.40km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 293m
- Sprzęt Czarnuch :)
- Aktywność Jazda na rowerze
W(a)P(ie)N(nie)
Piątek, 5 lipca 2019 · dodano: 05.07.2019 | Komentarze 18
Znów zmarzłem - hurra! :)
Wiało jak cholera - nie hurra.
Rano padało - również nie hurra! Ale na szczęście słabo, więc w sumie hurra, bo dzięki temu pojawiła się motywacja do poważniejszego testu Czarnucha w warunkach zbliżonych do bojowych :)
Oczywiście kierunek mógł być jeden - Wielkopolski Park Narodowy. Żeby się do niego dostać, musiałem najpierw przebić się przez Luboń, co jak zwykle oznaczało kryzys w mojej chęci do jazdy, ale jakoś się udało. Do bram WPN-u zawitałem w Wirach...
...by już po chwili niemal wyciągać piasek z butów podczas śmigania po polnych drogach. Niestety, po opadach nie został nawet kawałek kałuży czy nawet błocka.

Następnie, już terenami leśnymi...

...dopchałem się nad Jezioro Jarosławieckie. Ciche, spokojne, bez ludzi... Tak jak lubię.

Kolejnym etapem były Jeziory oraz rezydencja użytkowana przez niemieckiego zbrodniarza Arthura Greisera, w czasie II Wojny Światowej pełniącego funkcję Namiestnika Kraju Warty (akurat jestem świeżo po lekturze "Biednych ludzi z miasta Łodzi", książki o łódzkim getcie, więc w miarę na bieżąco). Aktualnie znajduje się w nim Muzeum Przyrodnicze, z całkiem pokaźnymi zasobami zwierzęcego truchła.

A zaraz za nim rozpościera się zacny widoczek na Jezioro Góreckie, nad którym oczywiście się pojawiłem, szukając na próżno możliwości dostania się na Wyspę Zamkową - niestety, czymś innym niż łódką można wykonać to jedynie zimą, po lodzie.




Na i w końcu popełniłem błąd taktyczny - skierowałem się w kierunku Trzebawia. To znaczy - chciałem się skierować. Niestety, rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż to pamiętałem - to, co uznane jest tam za drogę, śmiało mogłoby być narzędziem tortur, i to tych cięższych :) Po jakimś kilometrze walki z tym miksem kolein, piachu i wysuszonej, mega twardej ziemi, poddałem się i zawróciłem. Co łatwe nie było, a pewnie gdzieś w Stęszewie słyszano moje jąkające się "ku...ku...ku...kurr...cz...cz... e..." (no, załóżmy)... :) Istny trenażer Parkinsona...
Miałem już dość lasu :) Mój misterny plan, żeby nim dotrzeć do połowy drogi i wrócić asfaltem z wiatrem, się rypnął. Trzeba było więc powziąć awaryjny, którym był dojazd Greiserówką do Komornik i Szreniawy, a stamtąd wykonać objazdówkę przez Rosnowo, Gołuski, oraz Plewiska do domu, już niestety na otwartym terenie, co oznaczało męczarnie wietrzne, od których odpocząłem dopiero na ostatnich ośmiu kilometrach.
Test wyszedł pozytywnie - Czarnuch jest zwrotny, dobrze radzi sobie z korzeniami i piachem, hamulce się dotarły. Raz tylko spadł mi łańcuch, ale z mojej winy, bo zbyt szybko zmieniłem przełożenie z przodu z najcięższego na najniższe. Poza tym innych problemów nie odnotowano. Czarnuchu, oficjalnie mianuję Cię już na pełnoprawny dwukołowy pojazd w trollowej stajni :)
Relive TUTAJ.
Oczywiście do pracy bym nie zdążył, gdyby nie rower. Dojazd w obydwie strony doliczony do dystansu.
- DST 64.00km
- Czas 02:16
- VAVG 28.24km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 144m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kredki, Kiciuś i ameba
Czwartek, 4 lipca 2019 · dodano: 04.07.2019 | Komentarze 27
Rano zmarzłem :) Fajne to uczucie, szczególnie po koszmarnych doznaniach upalnych czerwcowych dni.
Niestety odczucie chłodku to jedno, ale potęgowanie go przez mocny i zimny wiatr drugie. I tak jak pierwsze to rozkosz, tak drugie jest demotywatorem kompletnym, co widać po wyniku. W sumie zwycięskim, patrząc na przykład z perspektywy poczynań naszych rodzimych rządowych inteligentów ostatnio w Brukseli :)
Trasa to zachodni coś: Poznań - Plewiska - Skórzewo - serwisówki - Sierosław - Węckowice, tam nawrotka - Sierosław - Zakrzewo - serwisówki - Plewiska - Poznań. Tak jak na Relive,
Gdy już udało mi się przeczłapać przez korki w Plewiskach (one się nigdzie nie kończą) i dotrzeć do Skórzewa, najpierw zaliczyłem klasyczny postój przy kredkach...
...a pod koniec styk śmieszki gównianej oraz tej fajnej, też klasycznej...
...ale najciekawiej było pośrodku. Gdzieś za kościołem usłyszałem za sobą upojny dźwięk klaksonu, już wiedząc, że zapewne chodzi o kostkowane coś po drugiej stronie drogi, co staje się obowiązującą mnie DDR-ką dopiero za jakieś pół kilometra, gdy magicznie pojawia się po mojej prawej. Początkowo zignorowałem, ale pierdnięcie się powtórzyło. więc skwitowałem to staropolskim stwierdzeniem, hmmm..., "oj, oj, oj, a kysz, idź sobie, motyla noga". No dobra, może nie do końca tak to brzmiało :) No i wtedy zobaczyłem tył Pana Kotka. Zapewne z jakimś sporym kompleksem.
Niestety zobaczyłem go zbyt blisko, bo Mruczuś zaczął mi hamować centralnie przed kołem. I tak kilka razy - nagłe hamowanie i moja reakcja werbalna. Cwaniaczek nawet nie odważył się wysiąść, tylko zrobił z siebie debila, stworzył zagrożenie w ruchu (a ja znów nie miałem kamerki, tylko zrobione zdjęcie z dowodem, że powodu do zatrzymywania się nie miał) i poleciał dalej. Dodaję więc Kiciusia do kolekcji istot o IQ ameby. A ja oczywiście na śmieszce - chcąc nie chcąc - się pojawiłem, gdy tylko zaczęła mnie obowiązywać.
Do dystansu dodaję odcinek do pracy w tę i z powrotem.
- DST 53.30km
- Czas 01:50
- VAVG 29.07km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 137m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Płaskości i jeleniogórskie reminiscencje
Środa, 3 lipca 2019 · dodano: 03.07.2019 | Komentarze 12
Nadszedł czas na powrót do wielkopolskich płaskości. Czyli nudy, ale też potrzebne, coby się góry za bardzo nie opatrzyły.
Poranny kursik odbywał się w w genialnej - jak na ostatnie dni - temperaturze oraz przy typowo poznańskim wietrze :) No dobra, wiało dzisiaj pewnie wszędzie podobnie, czyli mocno i średnio przewidywalnie, a będzie gorzej. To na początek, jako niezbędna dawka optymizmu :)
Trasa - zachodnia, głównie serwisowo-polna pętelka: Poznań - Plewiska - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - Poznań. Brakowało przewyższeń, na szczęście bywały wiadukty. Chociaż to :)
W Dopiewie zakwitłem sobie (nie tylko ja) za kombajnem. I mimo że był nowoczesny, piękny, zielony i w ogóle Johny Deere, to te czołganie się 20 km/h po jakimś kilometrze lekko mnie zmęczyło. Trzeba więc było sobie radzić. A że się nie za bardzo dało inaczej, to wyjątkowo pojawiłem się na przedłużeniu śmieszki, który w sumie nie wiadomo czym jest. I po problemie :)
Tyle z równin. Żeby jednak jakoś płynnie i mniej okrutnie (na potrzeby bloga) pożegnać się z Sudetami, jeszcze kilka fotek ze spacerku, który wykonałem z Żoną i Kropą w niedzielę, jakieś dwie godziny po wypadzie na Karkonoską. I dopiero to, czyli ponad 11 kilometrów w temperaturze około 35 stopni, mnie zmęczyło :) Miejscem wypadu była Perła Zachodu, a trasa do połowy wykonana szlakiem cywilizowanym, a powrót praktycznie dzikimi terenami po drugiej stronie Bobru. 














Polecam Perłę Zachodu z każdej strony, choć wersja "dzika" usiana jest powalonymi drzewami i trzeba skakać po skałkach. Rowerem odradzam, ale piechotką - jak najbardziej. TUTAJ Relive z tej wycieczki.
- DST 51.40km
- Czas 02:03
- VAVG 25.07km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 683m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Bobrzym szlakiem
Wtorek, 2 lipca 2019 · dodano: 02.07.2019 | Komentarze 18
Dzisiaj w końcu temperatura wyluzowała, niestety jak zwykle nie odbyło się bez ofiar, bo zaczęło konkretnie wiać, niemal jak w Poznaniu :) Jednak mimo wszystko uważam tę zmianę na plus, mimo że chodziło o to, żeby było ileś tam stopni in minus.
Kierunek powiewu był z grubsza północno-zachodni, a właśnie tam, patrząc z perspektywy Jeleniej Góry, położone są malownicze Góry Kaczawskie, kolejne z tych mniej popularnych wśród ludożerki. Znaczy się – cieszyłem się, iż nie czeka mnie jakiś tam banalny Karpacz czy Szklarska.
Ruszyłem wpół do dziewiątej, z radością przyjmując na klatę poranny chłodek (cudowna rzecz!). Jako pierwszy etap wypadu zaplanowałem Perłę Zachodu, do której prowadzi leśny, cywilizowany (aż za bardzo, kiedyś było dziko i miało to swój urok) szlak pośrodku malowniczego wąwozu nad Bobrem. Rzeka ta będzie mi dziś towarzyszyć od początku do końca wyjazdu.


Na miejscu klasyczne fotki z widokiem na kładkę nad Jeziorem Modrym oraz te z tarasu…


...jak i z dołu, z wysokości zapory. Nie ostatniej dziś.


W Siedlęcinie szybkie cyknięcie historycznej wieży rycerskiej oraz zdziwienie, jak to ta zła Unia nas zniewala, głównie przez remonty jeszcze jakiś czas temu kompletnie dziurawych dróg… :)

Kolejny etap to najpierw wspinaczka do Strzyżowca, a następnie długaśny zjazd do Pilchowic, które wstępnie ominąłem i skierowałem się dalej na północ, wciąż wzdłuż rzeki.

Miejscem nawrotki było wciąż zapyziałe miasteczko Wleń, choć – wbrew nazwie, nawiązującej do mojego ulubionej aktywności, czyli ”nicnierobienia” - wyjątkowo robotnicy nie oddawali się (w)len-istwu, tylko gorliwie dokonywali remontowego Armageddonu na rynku.

W jednej z bocznych dróg uwieczniłem jeszcze wakacje z duchami…

...i ruszyłem swoimi śladami z powrotem do Pilichowic, w których wykonałem recz jedynie słuszną, czyli wdrapałem się najpierw pod…


...a następnie na tamtejszą elektrownie oraz zaporę, drugą pod względem wysokości w Polsce, zbudowaną, jak to tu bywa, przez Niemców na początku XX wieku. I nawet mnie, stałego bywalca, wciąż przytłacza ogrom tego przedsięwzięcia.





W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wróciłem na swój szlak…

...i doczłapałem do Jeleniej, już z wiatrem w plecy, dzięki któremu nadrobiłem to, co straciłem na… zjazdach, gdy masakrował mnie z boku i w pysk :)
Brakowało mi jeszcze troszkę do wiadomego dystansu, więc pokręciłem się jeszcze chwilę po Zabobrzu, paskudnym jak zawsze, ale za to z fajną perspektywą na stare miasto.

No i… koniec tego krótkiego wypadu w góry. Milo było, ale się skończyło. Akumulatory częściowo naładowane, a jak się wyładują i znajdzie się chwila wolnego, to zawsze mam dostępną ładowarkę z energią sudecką na wyciągnięcie ręki. Dość długiej, ale jednak :)
Relive TUTAJ.
- DST 52.30km
- Czas 02:05
- VAVG 25.10km/h
- VMAX 61.50km/h
- Temperatura 28.0°C
- Podjazdy 723m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Rudawy, czyli u siebie :)
Poniedziałek, 1 lipca 2019 · dodano: 01.07.2019 | Komentarze 15
Po wczorajszym
atakowaniu tego, co miało być zaatakowane, o godzinie nieludzkiej,
musiałem dzisiaj się wyspać. Jako tako się udało, choć w pewnym
momencie miałem ochotę wystrzelać bydło... wrrrroć, nie chcę
obrażać bydła... ludzi drących ryje w środku nocny na Placu
Ratuszowym.
Wyruszyłem dopiero
o dziewiątej, gdy już robiło się ciepło, a w sumie za ciepło.
Wiedziałem, że będę cierpiał, lecz cóż zrobić – górki same
się nie wyjeżdżą :) Miałem zaplanowane niewysokie, ale za to ukochane Rudawy Janowickie (które powinny być reklamowane sloganem "cycuchy są wszędzie"), póki co dopiero w minimalnym
stopniu przeżarte komerchą. I niech tak będzie po wieki wieków.
Kurs zacząłem od
okolic jeleniogórskiego lotniska i drogi na Łomnicę, remontowaną (na szczęście) i z widocznymi (niestety) zalążkami
DDR-ki (plus, że asfaltowej, ale będą fale, oj będą…), by
następnie piąć się pod górkę do Wojanowa…


...i mijając
Jasiową Dolinę dostać się do… No właśnie. Chciałem do
Maciejowej, ale okazało się, iż skończono robić jej obwodnicę
(w końcu!) i teraz da się ominąć tę jedną z najbardziej
paskudnych dzielnic Jeleniej. Droga jest godna, choć nie zaplanowano
szerokiego pobocza, poza tym wolę nie myśleć, ile drzew poległo,
żeby powstała.
Następnie już
klasyk: droga z Radomierza do Janowic…

...w których jak
zwykle pogłaskałem jednego ze swoich…
...lekko nawet
dostosowując go do wersji ”pro”:)
A skoro Janowice, to
oczywiście Miedzianka, czyli odżywające miasteczko-trup, o którym
rozpisywałem się już wielokrotnie (najszerzej TU). Tym razem
wdrapałem się ”tylko” do browaru, w którym na chwilę
zawitałem, zadając nawet niestosowne pytanie, czy jakimś cudem
dostanę piwo bezalkoholowe (wiem, potwarz). Nie było, jedynie
radlerki, więc podziękowałem, cyknąłem fotki i poleciałem w
dół, z prędkościami 60+.

Zahaczyłem jeszcze
o moją uwielbioną leśną lokalizację, czyli strumyk płynący
gdzieś z głębi gór, cudownie zimny i czysty, niestety też dość
wysuszony.

Powrót to objechane
wiele (w sumie to ciekawe ile?) razy: Trzcińsko, Przełęcz
Karpnicka, Karpniki, Krogulec, Bukowiec, Mysłakowice i powrót trasą
na Karpacz.

Powolutku, bez
szaleństw, z uwagą, coby się nie przegrzać – tak jak
zaplanowałem, tak wyszło. No, może prócz ostatniego elementu, bo
pod koniec dosłownie parowałem.
Relive TUTAJ.
Niestety, znów muszę się powtórzyć - tak BS-a, jak i komentarze (dziękuję!) - dogonię, zapewne już jutro. A pewnie i literówki :) Znów cud, że relacja powstała tego samego dnia, bo nadrabiane jeleniogórskich zaległości towarzyskich samo się nie wykona.
- DST 53.10km
- Czas 02:21
- VAVG 22.60km/h
- VMAX 53.50km/h
- Temperatura 30.0°C
- Podjazdy 1047m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Przełęcz Karkonoska
Niedziela, 30 czerwca 2019 · dodano: 30.06.2019 | Komentarze 37
Jako że udało się
w gorącym (dosłownie) urlopowym okresie wygenerować kilka marnych
dni wolnego, postanowiliśmy jak zwykle wybrać się w moje rodzinne
rejony. Tym samym wczoraj wieczorem zameldowaliśmy się w Jeleniej
Górze.
Na dzisiejszy
dzionek plan miałem jeden, za to zdecydowany: nie umrzeć.
Zapowiadane temperatury bowiem znów miały przekraczać miliardy
kresek na plusie, co przeraża mnie tak, jak preferencje wyborcze
Polaków.
Żeby powyższy się
udał, musiałem wstać w środku nocy (po szóstej) - udało się,
choć trochę mi zeszło na wyprowadzeniu psów i wyjazd nastąpił "dopiero” po siódmej. Taki z tego plus, że było jeszcze w
granicach dwudziestu stopni, czyli dało się oddychać. A kierunek?
Opcje były dwie: albo pokręcę się gdzieś w upale po płaskich
rejonach, albo – jeśli jednak tragedii pogodowej nie będzie - pyknę sobie na Przełęcz Karkonoską (od razu wiedząc, że
psychicznie muszę nastawić się na koszmarną średnią). To taki –
mitologizowany w "pewnych kręgach” podjazd, z nachyleniem faktycznie dochodzącym do 29%, najcięższy w Polsce, ale czy aż
tak warty uwagi? Ja pamiętałem go sprzed dobrych kilkunastu lat (a
może nawet ponad dwudziestu? Cholera wie) i szczerze mówiąc nie wrył mi
się jakoś pozytywnie w pamięć, bo widokowo dupy od pewnego momentu
nie rwał, a poza tym bardziej od samego (trzeba przyznać –
godnego) przewyższenia na krótkim odcinku, męczyły mnie tam
dziury, których momentami więcej było niż asfaltu.
Z centrum
skierowałem się najpierw na Cieplice, następnie na chwilę
przysiadłem przy Stawach Podgórzyńskich, okrutnie oszpeconych nowym
budynkiem smażalni…

...bo po chwili
znaleźć się w Podgórzynie, gdzie przywitałem się z sympatycznym
muflonem.
Po pogłaskaniu
czworonoga zacząłem wspinaczkę, bo słońce, choć coraz bardziej
okrutne, dawało nadzieję, że nie zabije mnie w ciągu najbliższej godziny. A jeśli miałem jakiekolwiek wątpliwości co
do dalszego kierunku, to nagle mi się one rozwiały. Czemu? Bo na
horyzoncie zauważyłem pewną sylwetkę idącą z rowerem. W dół.
Gdzie oczywiście można się było nieźle rozpędzić. Już
wiedziałem – w końcu natknąłem się na… Morsa :)
Zaskoczenie – jak
widziałem – było obustronne. Jednak po przedstawieniu się
nastąpiło uroczyste cofnięcie "pod tramwaj”, w celu wykonaniu
historycznej foty. Z wielu względów :) 
Myślę, że do annałów
przejedzie zaproponowane przeze mnie, porównywalne niemal do
podania łapy przez Kaczyńskiego Tuskowi (lub odwrotnie), zbliżenie
na stojące kolo siebie opony Dębicy i Schwalbe. Moja to ta po lewicy :)
W sumie podczas
powrotu zauważyłem, że byłaby jeszcze lepsza miejscówka, ale
było już po ptakach :)
Pogaworzyliśmy
trochę o typowo rowerowych tematach: Ukraińcach, sytuacji na
jeleniogórskim rynku czy chromach w BMW. Sam Mors wracał z
jakiejś eskapady górskiej rozpoczętej o piątej rano. Szkoda, bo
zaproponowałem wspólny wjazd na Przełęcz, jednak odmowę z tego
powodu jestem w stanie nawet zrozumieć.
W międzyczasie
dokręcił do nas sympatyczny kolarz, który jak się okazało już
chyba 102 razy zdobywał Karkonoską. Nie powiem, podziwiam i nie rozumiem
:) Dzisiaj jednak robił tylko okrętkę "dolnych rejonów”. Aha,
jeździ też do córki do podpoznańskich Komornik, co było pewnym
spoiwem porozumienia – wszystko fajnie, tylko za płasko :)
Czułem rosnącą
temperaturę, więc trzeba było zakończyć spotkanie na szczycie.
Na pożegnanie zostało mi jeszcze udowodnione, że zbieranie puszek
i innych śmieci ze szlaków to nie ściema (to szanuję) i sprzedany
patent z trzymaniem licznika w torbie przy ramie, żeby nie zarysować
kiery (hmmm…), po czym każdy ruszył w swoją stronę. Mi los
wylosował wspinaczkę.
Odcinek do końca
Przesieki kręciłem już wiele razy, choć ostatnio nieczęsto, więc
zatrzymałem się jedynie na fotę z cyklu klasyk...
...oraz przy…
morsie. Obiecałem w końcu. Foczka poszła gratis :)
Za szlabanem,
cudownie zamkniętym dla ruchu samochodów, zaczął się konkrecik.
I teraz te emocje, pytania zadawane w przestrzeń: wjechał czy nie
wjechał? Dal radę czy nie dał rady?
Oczywiście, że
wjechałem! Czemu miałbym tego nie zrobić? :)
Małe podsumowanie "przyjemności” z tej jazdy, którą miałem okazję dziś sobie
przypomnieć: po ostrzejszych kawałkach trzeba faktycznie momentami
kursować „pijanym wężykiem”, bo kiera leci do góry. Jednak da
się to ogarnąć. Ja musiałem zatrzymać się raz, przez swój
głupi błąd, bo chciałem zrobić jednocześnie fotę widoczku z
tyłu i kręcić dalej. Nie wyszło, bo wjechałem w muldę :) Poza
tym był jeszcze jeden stop, na niemal płaskim, w celu wymiany
baterii w kamerce – jednak z filmiku i tak raczej nic nie będzie,
bo zapomniałem wziąć z Poznania mocowania na kask, który jako
rezerwowy trzymam w Jeleniej. A nagrania "z cyca” w górach
wychodzą tak, że widać tylko drogę. No ale w wolnej chwili
sprawdzę, może coś się z tego uratuje.
Poza tym Przełęcz
Karkonoska jest jak najbardziej do ogarnięcia dla osoby, która ma
jako taką kondycję, bo tu od niej ważniejsza jest głowa. Sporo
oczywiście pomagają motywujące napisy, szczególnie na końcowym
odcinku, gdzie jest "najciekawiej”.


Największym minusem
– i tu się nic nie zmienia od wieków – jest koszmarny stan
asfaltu. Podczas jazdy w górę przeszkadza mniej, ale już podczas
jazdy kilka razy miałem ciepło w pewnych strategicznych miejscach,
bo dziury po zimie są jedynie zrównane piachem (czy co to tam
jest), więc tylko jako taki refleks uratował mnie przed upadkiem,
tym bardziej, że moje hamulce wzbudzają przerażenie nawet na
płaskim. Zamiast rekompensaty za wspinaczkę jest więc mały
koszmarek, który kończy się dopiero po kilku kilometrach.
Kilka zdjęć z
góry, robionych na szybko, bo zeszło mi trochę na pogaduchach z
Morsem, a gonił mnie czas (planowany wypad "póki jeszcze się da”
na Perłę Zachodu) oraz temperatura. Z tych względów już
odpuściłem sobie Odrodzenie. Wpadnie następnym razem, choć w
sumie nie wiem po co miałbym się tam pojawiać, bo znam wiele
ciekawszych, szczególnie widokowo, miejsc w Sudetach :)




Wracałem przez
Borowice, gdzie spotkałem wspomnianego sympatycznego "rekordowego”
kolarza, który podał mi jeszcze rękę z gratulacjami (tylko za co?
Przecież to tylko Karkonoska, hehe), Podgórzyn, Zachełmie,
Sobieszów i Cieplice.
Karkonoska została zaliczona, po latach. Wniosek/retrospekcja - to jedno z niewielu miejsc, gdzie wolę podjazd od zjazdu, przynajmniej od/do granic "przełęczy właściwej". Czyli nic się nie zmieniło :) Przynajmniej przypomniałem sobie, czemu nie chciało mi się tu wracać :) No i ta średnia... :)
Największy sukces? To, że ten wpis powstał tego samego dnia :) Sorry za ewentualne błędy (tablet rządzi się swoimi prawami) - poprawię. Kiedyś. A zaległości na BS oczywiście nadrobię. Kiedyś. Na razie idę spać :)
Relive (niestety GPS trochę poszalał) TUTAJ.
- DST 52.40km
- Czas 01:48
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 121m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Milicyjnie
Sobota, 29 czerwca 2019 · dodano: 29.06.2019 | Komentarze 6
Dzisiaj rano jeszcze dało się żyć i oddychać. Z akcentem na "jeszcze".
Najpierw o trasie, żeby mieć to już za sobą :) Weszła lekko północna zachodnia pętelka: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Relive TUTAJ.
Końcówka wczoraj wspominaną Głogowską, dziś bez debila, choć trafił się inny kretyn, ale szkoda słów na opisywanie :) Wiało, może nie jakoś mocno, lecz upierdliwie, bo znów bez chęci pomocy.
Na drodze technicznej wzdłuż DK307 przyuważyłem starszego pana, który coś tam kombinował przy rowerze, więc zatrzymałem się, pytając czy w czymś mogę pomóc. Okazało się, że dziadkowi "coś tam obciera" w kole - niestety nie było rady, gdyż koło miał tak scentrowane, że mogłem jedynie polecić wizytę w serwisie. Pan podziękował za poradę i stwierdził, że "jakoś tam się dokula" do Zakrzewa.
W Fiałkowie wystawiono tym razem milicyjny radiowóz - zapewne z okazji wczorajsze rocznicy Czerwca 1956 roku. Miło.
No i informacja, która może komuś się przyda: na nowym skrzyżowaniu w Więckowicach światła nie "łapią" rowerzystów. Ja odczekałem trzy cykle, podczas których wjechało z boku kilka samochodów, a w końcu i tak musiałem jechać na czerwonym, oczywiście po upewnieniu się, że nic mi nie grozi.






