W końcu zza chmur dało się cokolwiek kolorowego zauważyć. To akurat zasługa tej cholery z pierwszych akapitów :) Koło Konarzewa natrafiłem na olbrzymie stado maruderów, bo żurawie już dawno powinny być w drodze. A może zdecydują się zostać u nas? A jutro ma spaść śnieg :/
No ale tak źle nie było, bo gdy jakoś w połowie trasy zaczęło padać, to dopiero zaczęło się rozkręcać, więc jedynie ostatnie kilometry jechałem w czymś na kształt ulewy light.
A, no i wiało jak cholera. Średnia - nawet jak na Czarnucha - masakra. Ja też byłem masakrą po powrocie, bo przez połączenie wiatru, opadów oraz niskiej temperatury konkretnie zmarzłem.
Dzisiaj niby wolne, ale i tak spora część dnia poza Poznaniem, więc kolejny wpis na szybko, bo czas odzyskam dopiero wieczorem.
Pobudka lekko po siódmej i najpierw walka z drzemkowaniem. Jako tako wygrana, bo tylko pół godziny opóźnienia względem tego co planowałem :)
A potem już tylko walka z wiatrem, a bardziej huraganem. Chyba na remis, bo ze średnią tragedia, ale przynajmniej dojechałem, mimo że do atrakcji doszedł jeszcze przelotny deszcz.
Znów na chwilę słońce się pojawiło, i to na Dębinie. Przypadek? :) Po drodze już skromniej. Ze zwierzaków jedynie spłoszone żurawie. Ale za to całkiem sporo. No to tyle na dziś :)
Wyspałem się - to największy plus tego dnia :) Minus był jeden - padało. Przynajmniej wtedy, kiedy już wstałem. Wcześniej nie wiem, no ale cóż... :)
Wyjątkowo zjadłem śniadanie i nigdzie się nie spieszyłem. Fajne to. A w końcu ruszyłem, gdy "tylko" solidnie kropiło. Czarnuchem, który dawno nie był na dłuższym spacerze.
No i przejechałem swoje, choć to była walka o każdy kilometr, tak wiało. Średnia nie istniała.
Pola, pola, pola, czyli znów ta sama trasa: Poznań - Plewiska - Komorniki - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo -
Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie -
Gołuski - Plewiska - Poznań.
Myszołów z lekkim ADHD się trafił :) Jeden w locie wpadł. No i znajome żurawie. No i obowiązkowa rowerówka. Przeżyłem :)
No nie wyspałem się dzisiaj. Jakoś o wpół do trzeciej w nocy Kropa zażyczyła sobie wyjście, więc się zwlokłem. Przyzwyczajony jestem. Problem w tym, że na klatce poczułem dziwny zapach, jakby ktoś nie wyłączył piekarnika i coś zjarał. W dzień byłoby to zrozumiałe, ale środku nocy już mniej, zadzwoniłem więc po pogotowie gazowe. Tak na wszelki wypadek. O dziwo odebrali, a nawet powiedzieli, że kogoś wysyłają. Kazali mi tylko otworzyć wszystkie okna, co zrobiłem.
Panowie przyjechali, sprawdzili swoimi miernikami co trzeba, potwierdzili, że coś śmierdzi, ale nie gaz, więc chyba można iść spać. Ale pochwalili za czujność.
Rano obudziłem się w jednym kawałku, czyli chyba nic groźnego.
Za to wstałem w okolicach dziesiątej. Wcześniej się nie dało w związku z powyższym.
Przy okazji niespodzianka w kuchni - bogatka wpadła na kawkę :) Trochę pomarudziła i z moją lekką pomocą poleciała do siebie. Teraz czekam aż na kawkę wpadnie kawka :) Wyjazd koło południa. Znów szaro, buro i wietrznie. A ja ziewając jedynie emerycko wykręciłem swoje, nawet nie walcząc.
Szary wpis za szarym wpisem. Dzień świstaka. Oczywiście szarego :)
No to cóż, schemat też podobny: pobudka, kawka, rower, praca. Tylko że dziś w ramach atrakcji bonusowej pojawił się deszcz, w towarzystwie którego jechałem przez ostatnie dziesięć kilometrów.
Dzisiaj jedyną różnicą był kierunek, w jakim się udałem - tym razem znów na zachód, czyli na pola, bo stamtąd zaczął znów wiać wiatr. I tak się pewnie będę wietrzył przez kilka najbliższych dni :)
Skoro szaro, to wiadomo, że barw za bardzo się nie uchwyci. Więc żeby wpis wyglądał ładnie, to na dzień dobry idzie zimorodek uchwycony dziś na Dębinie. No i wracamy na burą ziemię. Na niej spore stado gęgaw... ...oraz ludzie, którzy uparcie nie chcą widzieć przyrody dostępnej na wyciągnięcie ręki :) A kawałek wyżej na drzewie myszołów. Dystans z dojazdem do pracy.
No ale cóż, póki się da, można kręcić. No to kręcę :)
Trasa dzisiaj kombinowana, bo wyjechałem dość późno i wolałem być blisko domu, żeby ewentualnie szybciej ewakuować się do pracy: Dębiec - Las Dębiński - Starołęka - Minikowo - Czapury - Babki -
Głuszyna - Sypniewo - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Minikowo - Starołęka - Wartostrada wschodnia - Bałtycka - Wartostrada wschodnia i zachodnia - Las
Dębiński - dom.
Ciekawskie sarenki wypatrzyłem. Trafiła się również impreza bażancio-wronia. A w poznańskim Parku Nad Wartą czuwała czapla. Poza tym było jak widać. Rzyg ;) Dystans z dojazdem do pracy.
Wolny czas? A co to? Ma ktoś coś takiego w nadmiarze i jest w stanie się podzielić? :)
Dzisiaj musiałem odespać, co nawet się udało. Przed zadaniami popołudniowymi udało się wykręcić południową pętelkę. Wow :)
Trasa (Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Żabinko - Żabno - Baranowo - Sowiniec - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań) zaplanowana pod pewien punkt, a był nim przejazd z Wolsztyna do Poznania pociągu "Poznańczyk", czyli parowozu kursującego z okazji 11 listopada. Wyszło mi, że najlepsze miejsce do uchwycenia znajdę w Wirach. Udało się :) Z pozostałych atrakcji - musiałem jeszcze odbudować BS-ową blokadę, bo znów ktoś ją brutalnie rozwalił. Grzybki znalazłem przy okazji :) To chyba opieńki. Zwierzaki dzisiaj tylko z zagrody w Łęczycy. Aha, na jakimś meczu wczoraj byłem :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"