Nieprzewidywalnie
Poniedziałek, 11 lipca 2022
· Komentarze(7)
Skończyła się wolna niedziela, a wraz z nią w miarę przewidywalna pogoda. Za to wraz z poniedziałkiem przyszły zagadki.
Kilka prognoz pokazywało, że będzie padać, kilka, że nie. Ja założyłem wersję optymistyczną, więc oczywiście pod koniec trafiłem na burzę :)
Trasa poranna, zachodnia, ale okrojona o Luboń (da się, ale to niełatwe): Poznań - Plewiska - Komorniki - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Muszę przyznać, że przez 2/3 drogi było wizualnie całkiem ładnie. Jak zwykle wiatr robił swoje, na tyle upierdliwie, że nie chce się opisywać. Ale na przykład bagno w Trzcielinie było dzisiaj barwne jak rzadko kiedy.


Z ptactwem skromnie, tylko kokoszka sunęła niespiesznie.

Droga do Lisówek również w słońcu.

Małe zdziwko, bo na terenie - jak sądziłem - zamkniętego post-PGR-u zauważyłem konika. Oczywiście musiałem mu poświęcić chwilę i oswoić :)


Dotarłem na koniec świata...

...i przestało być fajnie. Tak wyglądało kilka (prawie dziesięć) ostatnich kilometrów.


Do pracy oczywiście rowerem nie jechałem. Za to wróciłem mieszczuchem, w słońcu.
Kilka prognoz pokazywało, że będzie padać, kilka, że nie. Ja założyłem wersję optymistyczną, więc oczywiście pod koniec trafiłem na burzę :)
Trasa poranna, zachodnia, ale okrojona o Luboń (da się, ale to niełatwe): Poznań - Plewiska - Komorniki - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Muszę przyznać, że przez 2/3 drogi było wizualnie całkiem ładnie. Jak zwykle wiatr robił swoje, na tyle upierdliwie, że nie chce się opisywać. Ale na przykład bagno w Trzcielinie było dzisiaj barwne jak rzadko kiedy.


Z ptactwem skromnie, tylko kokoszka sunęła niespiesznie.

Droga do Lisówek również w słońcu.

Małe zdziwko, bo na terenie - jak sądziłem - zamkniętego post-PGR-u zauważyłem konika. Oczywiście musiałem mu poświęcić chwilę i oswoić :)


Dotarłem na koniec świata...

...i przestało być fajnie. Tak wyglądało kilka (prawie dziesięć) ostatnich kilometrów.


Do pracy oczywiście rowerem nie jechałem. Za to wróciłem mieszczuchem, w słońcu.


















































































































