Przed i po
Środa, 9 stycznia 2019
· Komentarze(35)
Przed i po czym? Wytłumaczę pod koniec wpisu.
Przed - czyli start na klasycznego gluta, trochę przed wpół do dziesiątej rano, na trasie z Dębca przez zakorkowaną i zablokowaną dzięki zamkniętym rogatkom Kopaninę, następnie opłotkami do Junikowa, samobójczy odcinek śmieszkami w Skórzewie, zakręt na serwisówki przed Dąbrówką i powrót przez Plewiska. Tutaj Relive z tego wypadu.
Natomiast lekko po trzynastej postanowiłem dobić do pięciu dych (brakowało siedemnastu kilometrów), w tym celu skierowałem się na północ Poznania, czyli lewą stroną Wartostrady do Śródki i kawałka dalej, tam nawrotka i powrót, tym razem prawobrzeżną częścią wspomnianego traktu. Tu Relive z tej części.
Pogoda była... hm. Jak na styczeń - mogła być gorsza :) Oto typowy widoczek z dziś:

Czyli: mżawica plus kilka mocniejszych oberwań chmur. Nic przyjemnego, ale do ogarnięcia - lepsze to niż chomik oraz śnieżne zaspy.
W Skórzewie mój "ulubiony" miks dwóch różnych nawierzchni tej samej DDR-ki wciąż trzyma się mocno. Niestety.

Jadąc w kierunku Śródki miałem nadzieję, iż dokończono już odcinek trasy na "W" między Mostem Rocha a Chwaliszewem - niestety, miodzio jest do pewnego momentu, ale dalej wciąż mamy do wyboru albo błocko, albo bruk.

Na miejscu niewiele się zmieniło przez tydzień, więc fotki jedynie pro forma :)


Chciałem przy okazji posłuchać "zielonej symfonii", ale jak na złość akurat przestało padać. No nic, następnym razem może uda mi się trafić na ulewę :)

Jutro mam wolne, ale czy pokręcę - szanse są pół na pół, bo na noc zapowiadane są opady śniegu, a na dzień zero na termometrze. Się zobaczy. Tym bardziej, że będę miał ważniejsze sprawy na głowie...
Tym samym przechodzę do wyjaśnienia tytułu. W jego centrum jest bowiem Kropka, a dokładnie zabieg sterylizacji, na którą dziś byliśmy umówieni w samo południe. Oj, siedziała ta sprawa od dawna w tyle głowy, bo to nic przyjemnego, tak dla psa, jak i opiekunów, ale w końcu trzeba się było zdecydować, głównie z powodów zdrowotnych. Przeżyliśmy już pierwszą cieczkę i ciążę urojoną, teraz nadszedł idealny czas na działanie. Oczywiście zasięgnęliśmy języka wszędzie, gdzie to możliwe (Michuss, dzięki raz jeszcze za uspokojenie, masz u mnie przy okazji zapas "Piekielnej" od Pegaza gratis), wiedzieliśmy więc z grubsza z czym to "się je".
Całość poszła dość szybko i sprawnie - Kropa dostała najpierw "głupiego Jasia", czyli odpływała pod moją opieką. A że jest hardkorem, to jeszcze poszczekała na dzwoniący telefon w gabinecie. Po niecałych czterech godzinach była do odebrania, już wybudzona - oczywiście pies naćpany, ale generalnie kumaty. Po przetransportowaniu do domu powoli dochodziła do siebie (robi to do teraz, a że co chwilę jest głaskana, ten wpis dodaję już chyba trzecią godzinę), ale już zdążyła sobie pospacerować po pokoju, wysikać się tam, gdzie nie powinna, a także nauczyć zdejmowania kołnierza (trzeba pomyśleć o jakiejś alternatywie). Cóż, uznaję to za dobry prognostyk na szybką rekonwalescencję, choć noc zapewne będzie średnio przespana. No i czeka nas kilka ciężkich dni z gojeniem w centrum. A patyczki niestety muszą poczekać te kilkanaście dni na najbardziej zainteresowaną nimi czworonożną mieszkankę Poznania :)
Miejsce "akcji" mijałem dziś podczas dokrętki dwukrotnie.
Przed - czyli start na klasycznego gluta, trochę przed wpół do dziesiątej rano, na trasie z Dębca przez zakorkowaną i zablokowaną dzięki zamkniętym rogatkom Kopaninę, następnie opłotkami do Junikowa, samobójczy odcinek śmieszkami w Skórzewie, zakręt na serwisówki przed Dąbrówką i powrót przez Plewiska. Tutaj Relive z tego wypadu.
Natomiast lekko po trzynastej postanowiłem dobić do pięciu dych (brakowało siedemnastu kilometrów), w tym celu skierowałem się na północ Poznania, czyli lewą stroną Wartostrady do Śródki i kawałka dalej, tam nawrotka i powrót, tym razem prawobrzeżną częścią wspomnianego traktu. Tu Relive z tej części.
Pogoda była... hm. Jak na styczeń - mogła być gorsza :) Oto typowy widoczek z dziś:

Czyli: mżawica plus kilka mocniejszych oberwań chmur. Nic przyjemnego, ale do ogarnięcia - lepsze to niż chomik oraz śnieżne zaspy.
W Skórzewie mój "ulubiony" miks dwóch różnych nawierzchni tej samej DDR-ki wciąż trzyma się mocno. Niestety.

Jadąc w kierunku Śródki miałem nadzieję, iż dokończono już odcinek trasy na "W" między Mostem Rocha a Chwaliszewem - niestety, miodzio jest do pewnego momentu, ale dalej wciąż mamy do wyboru albo błocko, albo bruk.

Na miejscu niewiele się zmieniło przez tydzień, więc fotki jedynie pro forma :)


Chciałem przy okazji posłuchać "zielonej symfonii", ale jak na złość akurat przestało padać. No nic, następnym razem może uda mi się trafić na ulewę :)

Jutro mam wolne, ale czy pokręcę - szanse są pół na pół, bo na noc zapowiadane są opady śniegu, a na dzień zero na termometrze. Się zobaczy. Tym bardziej, że będę miał ważniejsze sprawy na głowie...
Tym samym przechodzę do wyjaśnienia tytułu. W jego centrum jest bowiem Kropka, a dokładnie zabieg sterylizacji, na którą dziś byliśmy umówieni w samo południe. Oj, siedziała ta sprawa od dawna w tyle głowy, bo to nic przyjemnego, tak dla psa, jak i opiekunów, ale w końcu trzeba się było zdecydować, głównie z powodów zdrowotnych. Przeżyliśmy już pierwszą cieczkę i ciążę urojoną, teraz nadszedł idealny czas na działanie. Oczywiście zasięgnęliśmy języka wszędzie, gdzie to możliwe (Michuss, dzięki raz jeszcze za uspokojenie, masz u mnie przy okazji zapas "Piekielnej" od Pegaza gratis), wiedzieliśmy więc z grubsza z czym to "się je".
Całość poszła dość szybko i sprawnie - Kropa dostała najpierw "głupiego Jasia", czyli odpływała pod moją opieką. A że jest hardkorem, to jeszcze poszczekała na dzwoniący telefon w gabinecie. Po niecałych czterech godzinach była do odebrania, już wybudzona - oczywiście pies naćpany, ale generalnie kumaty. Po przetransportowaniu do domu powoli dochodziła do siebie (robi to do teraz, a że co chwilę jest głaskana, ten wpis dodaję już chyba trzecią godzinę), ale już zdążyła sobie pospacerować po pokoju, wysikać się tam, gdzie nie powinna, a także nauczyć zdejmowania kołnierza (trzeba pomyśleć o jakiejś alternatywie). Cóż, uznaję to za dobry prognostyk na szybką rekonwalescencję, choć noc zapewne będzie średnio przespana. No i czeka nas kilka ciężkich dni z gojeniem w centrum. A patyczki niestety muszą poczekać te kilkanaście dni na najbardziej zainteresowaną nimi czworonożną mieszkankę Poznania :)
Miejsce "akcji" mijałem dziś podczas dokrętki dwukrotnie.











































