Niedziela zalatana, do tego deszczowa, a do tego jeszcze z kretyńską zmianą czasu na ten niezgodny z naszą szerokością geograficzną. No cóż, mogło być lepiej :)
Oczywiście byłem niewyspany, ale jakoś wstałem i wykorzystałem pogodową lukę, podczas której albo chwilowo nie padało, albo tylko mżyło. Jakoś Czarnuchem udało się wykręcić pełne pięć dych, głównie walcząc z wiatrem.
Trasa z grubsza w tę i z powrotem: Poznań - Plewiska - serwisówki wzdłuż S11 aż do Dąbrowy, skąd wróciłem po swoich śladach, a potem do centrum.
A wyjazd rozpocząłem od objazdu Dębiny. A jak :) A po drodze sarenki. Jedne bardzo czułe, inne (inny) śpiące. No i tyle. A tej ukradzionej godziny nie daruję!
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"