Miał być dzisiaj spokojny, niedzielny wyjazd. Był. Przez jakieś sześć kilometrów. Aż do małego dwukierunkowego korka na Starołęckiej, który na swoje nieszczęście postanowiłem ominąć czymś, co nagle z koszmarnej śmieszki zamienia się w chodnik, nie wiadomo do końca gdzie. I właśnie tam odbyłem zapewne malowniczy lot nad kierownicą, bo wjechałem w krawężnik przy sporej prędkości, co skończyło się saltem, z którego pamiętam całkiem dużo. No zabrakło ewidentnie telemarka, bo wylądowałem na plecach, a pewnie i jakoś na głowie (znów polecam jazdę w kasku). Oj, miałem obawy o to, co z rowerem (ze mną było ok, tylko dorobiłem się kolejnych szlifów na prawym boku), bo trzasnął konkretnie. Na szczęście trafił mi się chyba najmniejszy wymiar kary - prócz dętki, która pękła od razu, ucierpiała jedynie prawa manetka - lekko pękła w niegroźnym miejscu, no i rozwaliła się solidnie guma. Mimo wszystko byłem w szoku, że więcej konsekwencji nie ma, bo rower nawet się nie porysował, a przerzutki i hamulce działają. Chyba jednak ta holenderska Sensa jest przewidziana na polskie absurdy..
Dętkę postanowiłem wymienić nie wśród spalin, tylko przespacerowałem się na Dębinę i tam w ciszy po raz pierwszy miałem okazję sprawdzić, z czym je się sztywna oś. W sumie fajne rozwiązanie, choć zawsze trzeba mieć ze sobą imbusy. Wymieniłem i podjechałem do domu porządnie dopompować koło.
No nic, prócz paskudnego wyglądu manetki i lekkich siniaków nic strasznego się nie stało. A mogło być ciekawie, bo aż kilka osób wyszło z aut i pytało, czy wszystko ok, za co dziękuję. Widocznie jestem już ekspertem od gleb, czekam na jakiś medal. A rower zyskał pierwsze rany - to boli najbardziej, teraz będzie już z górki :)
Sama późniejsza jazda to testowanie sprzętu, walka z wiatrem i mimo wszystko ostrożne kręcenie. Atrakcji miałem dość.
XP całkiem malowniczy: Najmniejsza z kar: Gumę zamówiłem, zobaczymy czy będzie pasować. Póki co, żeby nie bolało aż tak, niezastąpiona taśma izolacyjna zamontowana.
No i jeszcze sarenki, w tym jednorożec.
Komentarze (4)
Ktoś chciał zaszaleć na nieznanym objeździe, żeby nie stracić średniej, dobrze, że na samej manetce i dętce się skończyło.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"