Nagła gołoledź plus gleba. I po aparacie :(
Ale po kolei: faktycznie, zapowiadano na dzisiaj marznące opady. Od godziny... dwudziestej drugiej. Gdy wyjeżdżałem było lekko po dziewiątej rano i żadna z prognoz nie mówiła nic o ślizgawicy. I nawet nic na nią nie wskazywało. A tu zonk... Dopadła mnie dokładnie w połowie trasy, czyli klasyczny pat. A ja na szosie.
No i skończyło się tak, jak w tytule. Generalnie nie było tragedii, ale pokonał mnie cholerny zakręt na styku Robakowa i Gądek - nie wiem nawet kiedy leżałem na asfalcie i ślizgałem się razem z rowerem. Bilans: rower o dziwo bez większego szwanku, ja z bolącym siniakiem w okolicach czterech liter, ale najgorsze, że plecak dostał najmocniej, a w nim aparat :( Tak, ten mój sprawdzony w bojach Nikon P950... Obiektyw się nie wysuwa, czyli poszedł jakiś mechanizm w środku, nie wiadomo czy da się go naprawić :( Tragedia.
Żałoba trwa. Ale wpis trzeba dokończyć.
Trasa: Dębiec - Las Dębiński - Starołęka - Minikowo - Krzesiny - Jaryszki - Żerniki - Tulce - Krzyżowniki - Śródka - Szczodrzykowo - Robakowo - Gądki - Borówiec - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Starołęka - Las Dębiński - dom.
Zdjęcia muszą być, mimo wszystko...



Tak wyglądała moja bluza niedaleko mety..

Jedno z ostatnich chyba zdjęć P950 :( Pełzacz leśny.

A tak na koniec - kto wymyślił deszcz przy minus trzech? Przecież to powinien być śnieg... Aha, alert RCB przyszedł. Gdzieś po trzynastej...








