Poburzowo
To znaczy ja wstałem. Problem w tym, że gdzieś w tym momencie nagle gruchnęło i gruchało dość długo. Na tyle mocno, że pies schował się pod łóżkiem, bo za burzami nie przepada. Ja nie mam nic przeciw, pod warunkiem, że jestem w domu :)
Grzmoty zniknęły, potem opady również, ale gdzieś przed dziewiątą. Postanowiłem zaryzykować i wyruszyć, ale Czarnuchem. Pół minuty po wyjściu z domu... zaczęło padać. W sumie dobrze, bo mogłem się cofnąć po woreczek śniadaniowy, żeby opakować "wodoszczelny" licznik Sigma, bo bez niego wodoszczelny, jak wiemy, nie jest.
Na szczęście po chwili opady przeszły i ruszyłem już na poważnie.
Trasa to zachodni klasyk: Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
W połowie drogi musiałem się chować, jak rasowy żul, pod mostem. Deszcz sobie o mnie przypomniał. Ale na krótko.
Całkiem nieźle jeśli chodzi o zwierzaki. Zaskoczona sarenka, którą niechcący przyłapałem przy załatwianiu pewnej potrzeby fizjologicznej...



...żurawie...



...oraz kokoszka, czyli kurka wodna :)



A jechało się nawet całkiem spoko.


Do pracy tym samym środkiem transportu. Przez Dębinę.









