Nastawiałem się dzisiaj na masakrę. A tu proszę, niespodzianka.
Największą zagadką była pogoda. Wstępnie zapowiadano nocne opady oraz przymrozki, ale na szczęście obyło się bez - pierwszy plusik. To znaczy minusem były przymrozki, ale o tym później.
Drugim problemem było to, że o dziewiątej, czyli w środku nocy, musiałem być w pracy. Co oznaczało, że w sumie najlepiej, żebym się w ogóle nie kładł, bo wyliczyłem, iż powinienem wstać przed siódmą, jeśli chciałem być w miarę ogarnięty :)
Udało się. Sam nie wiem jak, ale się udało. Miałem nawet zapas czasu, więc wyliczyłem sobie, że zdążę zrobić pół klasycznego dystansu. Na drugą miałem plan - zgodziłem się poranek w zamian za możliwość legalnego wyskoczenia na godzinkę już wtedy, gdy obsada w firmie będzie wystarczająca. Ma się to doświadczenie w negocjacjach :)
Pierwsza połowa była piękna wizualnie, ale jeśli chodzi o pewność jazdy to.. napiszę tak: mogło być ciut lepiej :) Na drogach leżał lód, kałuże były zamarznięte, ale trzeba też przyznać, iż miasto postarało się o w miarę przejezdne DDR-ki. Nawet za bardzo, bo tak jakoś przez najbliższy tydzień nie muszę solić zupy, tyle tego związku chemicznego przyjąłem na siebie i rower. No i w tyle głowy była świadomość, że ciąży nade mną odpowiedzialność za losy świata, a nawet więcej: za otwarcie biura, więc nie mogłem ryzykować gleby :)
Ten poranny odcinek to: Dębiec - Las Dębiński - Dolna Wilda - Hetmańska - Wartostrada do styku z Hlonda - powrót do Hetmańskiej i Dębca - Dolna Wilda - centrum.
No to po kolei. Mój ukochany las o wczesnej porze był przepiękny, bo o dziwo trafił się wschód słońca, którego nie planowałem. Dojazd Hetmańską również niczego sobie. Wartostrada przejezdna, acz słona. I to właśnie na niej, przy samej północnej końcówce, trafił mi się - ocena subiektywna - najlepszy kadr. W pracy byłem nawet przed czasem, mając na liczniku 25 kilometrów.
Odbębniłem swoje i w okolicach 11:30 wybrałem się na drugi kurs. Było już powyżej zera i jakoś dziwnie słonecznie :) Zrobiłem trasę z centrum przez Jana Pawła, Główną, Miłostowo i Bogucin do Janikowa, gdzie zawróciłem i podreptałem swoimi śladami. W sumie dzięki temu, że miałem mało kilometrów do dokręcenia, odkryłem nową, ślicznie pagórkowatą trasę (momentami 8%), której nie byłem do tej pory świadomy. Plus dodatni :) Tam wypatrzyłem polującego myszołowa włochatego, ale nie chciał się zaprezentować od przodu niestety. Tym samym z dnia, który zapowiadał się jako paskudny, wyszedł najbardziej malowniczy od dawna. Cóż, nie mam zamiaru na to się obrażać :)
Komentarze (11)
Lapec - zmartwię: nawet od kursu 1,01 chyba pobierają podatek, więc byś nie zarobił :) Tak, Twoje poranne DPD-y mają również tę moc-czekam :) No właśnie, sobota. Choć u mnie nie ma różnicy-i tak masakra :) Wiem, wiem, w pracy należy przede wszystkim o dobro psychiczne pracownika. Negocjuję więc i korzystam :)
Marecki - no właśnie, kurczę, wiszącego zwyczajnego widziałem w życiu może raz, do tego z daleka i nie byłem pewny, czy to on. Najczęściej albo na czymś siedzą, albo przede mną uciekają :) Włochate uwielbiam, bo to pustułki XXXXXXL i miodzio do focenia. Ale zapewne masz rację, te nóżki wątłe potwierdzają. Jednak niech już zostanie wersja niepewna :)
A to Tomek nie jest wyznacznik. Zwykle myszaki też zawisają w powietrzu, widywałem to nawet w lecie. Nie widzę charakterystyki wlochacza, dla mnie myszak gatunku pospolitus :)
Miciu - jak nie urok, to wiadomo co :) Współczuję.
Marecki - dziękuję :) Warto było wstać. Też myślałem, że "standardowy", ale jeszcze nie widziałem żadnego, który potrafi przez minutę zawisnąć w powietrzu. Chyba że to jakaś hybryda :)
Huann - wystrzałowo dziękuję :) Na lodowych śryżowców za ciepło, niestety :( Tak, mówiono mi w TOK FM, że jest masakra na wschód od zachodu, tym bardziej byłem zdziwiony, że u mnie jakoś tak... spoko.
JPbike - dzięki :) Też się zastanawiałem, ale spojrzenie na ten kadr z pozycji kompa spowodowały, że moje marzenie o Górach Wielkopolskich zniknęły - to chmury jedynie :(
Zdjęcia, jak to czasem w ranki - wystrzałowe! Co poniekąd logiczne ;) Żeby tak jeszcze trochę lodowych meduz stojących na Warcie (że tak nadal do żołnierzy i ich krwawego znoju nawiążę)...
U nas była wczoraj przeplatanka: rano sucho i mróz - od południa śnieg i zero - po południu deszcz i pluch trzy - wieczorem śnieg i pluch jeden i na koniec mróz i zamarzające błoto pośniegowe. Co się działo dzisiaj rano na jezdni i chodniku wspomnieć nie nada. Po czym jeszcze dosypało trochę po południu - w sam raz tyle, żeby przykryć zdradliwe lodowisko.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"