Glut wybuchowy
Najpierw jednak o tym, dlaczego się nie wyspałem. Jakoś o trzeciej czy czwartej w nocy obudził mnie donośny huk, taki naprawdę solidny. Sprawdziłem: nic nie spadło, nic nie wybuchło. Nooo, prawie nic - z ciekawości spojrzałem na rowery, a tam kapeć w tylnym kole szosy. Który zresztą wieczorem pompowałem. I już wiedziałem - mam rozwiązanie zagadki. Choć tam imponującej pany jeszcze w życiu nie słyszałem.
Oczywiście nie zabrałem się do wymiany nocą, ale specjalnie wstałem trochę wcześniej, żeby wymienić dętkę. Jednak najpierw postanowiłem sprawdzić, co się z nią stało. I od razu natrafiłem na wielką dziurę, zresztą to samo na oponie. Czemu nie stało się to wcześniej, na trasie? Nie mam pojęcia, lecz człowiek ma czasem jednak szczęście :) Nie bawiłem się już w zostawienie starej gumy, tylko zamontowałem całkiem nowego Continentala. Mniejszy stres.
Gdybym ruszył, zamiast bawić się w serwisanta, pewnie skończyłoby się na pełnym dystansie. A tymczasem niebo się zachmurzyło, więc wybrałem do jazdy Czarnucha, bo pogodynki mówiły o opadach, ale gdzieś za godzinę-dwie. W związku z tym pierwsze krople zaczęły na mnie lecieć... kilka minut po wyruszeniu. Jeszcze się łudziłem, że znikną, ale gdzie tam - lało coraz mocniej, więc skończyło się na glucie w tę i z powrotem: Dębiec - Las Dębiński - Starołęka - Minikowo - Głuszyna - Sypniewo - Szczytniki - objazd Koninka i powrót swoimi śladami.

Tutaj, czyli na poznańskim Sypniewie, byłem już cały mokry. Sarenki, ledwo widoczne, również. Dodam, że były całe dwa stopnie na plusie.

Po powrocie rozgrzewający prysznic i do roboty. Zrobiłem sobie deszczowy spacer przez Dębinę. Tam też zachwytu nad aurą nie było :)









