Prognozy na dzisiaj były góralskie: będzie deszcz, albo nie będzie. Najciekawsze jest to, że obie opcje były prawdziwe.
Rano padało. Ale przestało. Niby spoko, ale coś mi się wydawało, że to nie koniec, więc zapobiegliwie osiodłałem Czarnucha zamiast szosy. Dobrze zrobiłem.
Przez jakieś trzydzieści kilometrów było jeszcze w miarę. Czyli walcząc z mega silnym wiatrem jakoś dojechałem z Poznania przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Rosnowo, Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, Lisówki i znów Trzcielin do Dopiewa. Tam zaczęło kropić, a po kilku kilometrach już lać. I tyle miałem z przyjemności z jazdy - ostatni odcinek, przez Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska do Poznania to już rower wodny. No ale przynajmniej nie było upałów :)
Z fotkami skromnie. Moment, gdy jeszcze nie padało... ...słoneczniki znów w wersji Mordor... ...ja w tle, nucący, że widziałem błotniaka cień... ...żurawie z Palędzia w deszczu... ...oraz sam deszcz. Zadowolona była jedynie pralka.
Ja do pracy oczywiście rowerem nie pojechałem.
Komentarze (11)
Kolega Huann ma tę słowomoc :)
Nieszczęścia tylko czekają na okazję-kumulację. Drapieżniki.
Jak wychodziłem na rower, to deszcze właśnie dochodziły do Poznania, więc wiedziałem że mam jeszcze parę godzin na polatanie za motylkami...Dotarły do nas dopiero później popołudniu, choć z radarów wynika że te trzy fale u nas były już mniej intensywne.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"