Skończyła się wolna niedziela, a wraz z nią w miarę przewidywalna pogoda. Za to wraz z poniedziałkiem przyszły zagadki.
Kilka prognoz pokazywało, że będzie padać, kilka, że nie. Ja założyłem wersję optymistyczną, więc oczywiście pod koniec trafiłem na burzę :)
Trasa poranna, zachodnia, ale okrojona o Luboń (da się, ale to niełatwe): Poznań - Plewiska - Komorniki - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Muszę przyznać, że przez 2/3 drogi było wizualnie całkiem ładnie. Jak zwykle wiatr robił swoje, na tyle upierdliwie, że nie chce się opisywać. Ale na przykład bagno w Trzcielinie było dzisiaj barwne jak rzadko kiedy. Z ptactwem skromnie, tylko kokoszka sunęła niespiesznie. Droga do Lisówek również w słońcu. Małe zdziwko, bo na terenie - jak sądziłem - zamkniętego post-PGR-u zauważyłem konika. Oczywiście musiałem mu poświęcić chwilę i oswoić :) Dotarłem na koniec świata... ...i przestało być fajnie. Tak wyglądało kilka (prawie dziesięć) ostatnich kilometrów. Do pracy oczywiście rowerem nie jechałem. Za to wróciłem mieszczuchem, w słońcu.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"