Wczoraj trochę się zasiedzieliśmy ze znajomymi, więc o porannym wczesnym wyjeździe nie było za bardzo mowy :) Ale za to się wyspałem, rzecz godna odnotowania.
Przed śniadaniem najpierw poszedłem z Kropą na Dębinę, gdzie zastały mnie lekkie, bardzo lekkie opady śniegu. No i na szczęście względnie pusty las.
Potem można już było startować na rower. Problem był jeden - miasto częściowo zawalone czymś, od czego można było ostatnimi laty odpocząć, czyli masowe imprezy sportowe dla "amatorów", z czego niektórzy zrobili sobie niezły biznes na życie. Tym razem półmaraton. Najciekawsze było to, że z powodu miłości do sportu Poznań się zakorkował, bo jakoś trzeba było dojechać na start lub metę, zasmradzając świat spalinami. Ot, paradoks.
Fotki. Na początek Dębina i Kropa w wydaniu diabełkowym :) No i część rowerowa. Niedzielny korek na Przybyszewskiego - oczywiście musiałem odczekać kolejny cykl. Tu Sołacz. Liczyłem na kokoszki i się nie zawiodłem. Ale wpadł też... bluszcz. Kolejna pauza była dopiero nad poznańskim Jeziorem Strzeszyńskim. Wciąż czystym. Był tam nawet jeden mors, dumny z siebie :) Na DK92 między Zakrzewem a a Dąbrową trafiła się chyba zguba, która pomyliła trasę :) Nie trąbiłem :) Aha, jeszcze znajome sarenki spod Skórzewa. Niestety finalnie się spłoszyły. Podsumowując: było wietrznie, zimno i ciężkawo. Ale mogło być gorzej :) Niestety według prognoz tak ma być od jutra :/
Komentarze (10)
SlaBo - jedno drugiego nie wyklucza :)
Lapec - nie, nie, nie ten wiek, raczej jego dziadek by to był :) No właśnie, na drogach grunt to wyrozumiałość. A jak już klakson, to zasadny. Niestety używają go najczęściej ci, którzy nie mają zielonego pojęcia o przepisach. Na takich nie mam nerwów. To znaczy mam i wyrażam je dosadnie :)
Marecki - dzięki w imieniu Kropy :)
Kolzwer - dziękuję :) Kropa to u mnie norma, bluszcz mniej, dlatego ostatnio polubiłem Sołacz :)
Ufff Kuzynostre tam morsuje - już myślałem że będę się musiał wstydzić :D Ale jednak nie :DD
Zawsze lubię jak rowerzysta przeprosi jak źle zrobił. Też tak robię ;]. Jakiś miesiąc temu miałem remis => omijałem zapadniętą studzienkę i być może za bardzo odbiłem - przeprosiłem więc, a kierowca mi odmrugał "awaryjkami" - spoko. Dzień później kolarz (w tym samym miejscu) praktycznie mi pod auto wjechał - w ramach przeprosin ... wypiął mi dupę i chyba robił V-maxa środkiem pasa :D. Ciągle jednak nie wiem czy mój klakson działa heh. Jakaś wyrozumiałość jednak jest :D
Andale - pierwotnie też miałem taki plan, ale północny wiatr spowodował, że wybrałem wersję miejską. Wygrała świadomość, że mimo wszystko jest weekend, a jutro będzie jeszcze gorzej :) Kokoszki są chlubą Sołacza, to dość rzadki ptak :)
Huann - ja byłem mądrzejszy o doświadczenie kilometr wcześniej, gdy miałem zieloną strzałkę, więc pchałem się środkiem pasa między autami, żeby nie czekać. Pech chciał, że nagle strzałka zamieniła się w normalne zielone, więc musiałem ratować się zjazdem na prawo centralnie przed stojącym jeszcze autem. Wyjątkowo zrozumiałem delikatny klakson, do tego przeprosiłem. Więc... tu już byłem bardziej uważny :) Oj tak, prawda, a nawet lekko pisana z dużej i cyrylicą... :/
E, jakoś bardzo na siłę to się nie wpycham - zawsze jakaś luka wielkości roweru się znajdzie. A tak to nawet czasami musiałbym w niektórych miejscach stać do następnej zmiany świateł.
Prawda, że jazda na ruskiej ropie autem w ramach szlifowania kondycji i pomocy Ukraińcom jest bardzo polska i równie absurdalna? :)
Ja specjalnie ominąłem miasto szerokim łukiem, żeby nie pakować się w te korki :) A niedawno pierwszy raz widziałem kokoszkę skrywającą się w szuwarach na Sołaczu, więc skojarzyłem ptaka :D
Ja tam się nie lubię wpychać w ten sposób, za wyjątkiem sytuacji, gdy naprawdę się spieszę. Dziś nie musiałem cisnąć, więc w zamian poświęciłem czas na uchwycenie absurdu okołomaratowanowego :)
No tak. Jakie to polskie, pchać się autem, żeby zrobić pięć kilosów... Przecież kasę, która poszła na benzynę można było przeznaczyć na wsparcie dla uchodźców.
Takie korki to ja omijam prawym pasem udając, że będę skręcał i na koniec wracam na pas właściwy (oczywiście z zachowaniem pełnej ostrożności, sygnalizując etc.)
Gdy niedawno truchtałem piątkę dla Ukrainy - na zawody przyjechałem oczywiście rowerem. Zdumiało mnie zdumienie organizatorów, dla których po pierwsze niepojęte było, że chcę zostawić rower w depozycie, zwłaszcza, że depozytu nie było, bo z góry założyli iż każdy zawodnik zostawi dokumenty, pieniądze etc. w aucie, co mi z rozbrajającą szczerością zakomunikowano :D
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"