Kolejny wypad poranny. Bez historii, a nawet bez gazeciarzy. Czyli nuda.
Trasa to niemal skopiowane i wklejone wczoraj, tylko lekko skrócone o Wiry, a wydłużone o dojazd na sam koniec Lisówek. Czyli: Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Nie było już tak słonecznie jak wczoraj, ale w sumie w niczym to nie przeszkadzało - umiarkowane ciepło załatwiało sprawę. Wiało tak sobie, ale generalnie mogło być gorzej :)
Tak jak wspomniałem, Lisówki wpadły aż do krańca świata :) W Dopiewie mam pewien rytuał i co jakiś czas kupuję zapas żywieniowy na zamknięte przejazdy kolejowe, a ostatnio też na wahadła. Po co tracić czas, skoro można przy okazji zeżreć śniadanie? :) Z ptakami wciąż skromnie. Dziś tylko samotny potrzeszcz siedział na drutach w szarości. Potem jeszcze dojazd do pracy, ale i chwila na Dębinie. Tam jesień wciąż maluje swoje dziwne i klimatyczne obrazy :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"