Dzisiaj wstałem za piętnaście siódma. Czyli jeszcze wcześniej niż w środku nocy :) Nie miałem jednak wyjścia - do godziny dwunastej, o której miałem pojawić się w pracy, miałem do załatwienia jakiś miliard spraw. A co najmniej cztery.
Oczywiście zacząłem od roweru. Bo tak. Było dość pochmurno, na szczęście jeszcze przed opadami (te przyszły po południu), no i w końcu ze słabszym wiatrem. Spokojnym i statecznym krokiem zrobiłem swoje pięćdziesiąt kilometrów, ponownie na zachód, trasą z Poznania przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Rosnowo, Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, Lisówki, znów Trzcielin, Dopiewo, Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska do domu.
Atrakcji za wiele nie było, motywów do fotek również, bo szara i ponura aura jakoś nie zachęcała zwierzaki do ujawniania się. Ale i tak udało mi się okolicach Lisówek przyuważyć całkiem spore stado dzikich gęsi. Po chwili odleciały... ...ale przestraszone nie przeze mnie, a lecące żurawie. Te zresztą widziałem chwilę wcześniej podczas ochrzanu. Poszło zapewne coś w stylu: "a pyry kupiłeś?", "nie, cholera, zapomniałem!" :) Jak widać światło koszmar, co w połączeniu ze sporą odległością do ptaków robi pikselozę.
Rowerowy motyw dziś znad bagienka w Trzcielinie. No i jeszcze misje: podjechać po zamówione klocki hamulcowe, podjechać do Teściowej (a w sumie to do kota) po odbiór i otrzymanie instrukcji obsługi zamówionego koncentratora tlenu (o dziwo za darmo, na koszt NFZ), pójść z psem na spacer i dojechać do pracy. Uff. O dziwo wszystko wykonałem, nie odnotowano również mojego spóźnienia.
Fajny rowerowy podest-czekadełko zamontowano przy Półwiejskiej. Można na nim postawić nogę i się przytrzymać łapą. Jest takich kilka w Poznaniu, ale ten chyba jest najbardziej przydatny, bo czeka się tu dość długo na zielone.
Jakbym miał taki wybór, to oczywiście też, ale tak prosto to nie pójdzie. Ani nie pojedzie :) Nie ten pułap cenowy.
A przecież jest jedna, w sumie darmowa opcja - rozporządzenie, które by wszystkie śmieszki w Polsce zamieniły z nakazanych na te z dopuszczeniem. Taaa, się rozmarzyłem :)
Huann - a ja sobie je bardzo chwalę. Fajne to, wygodne, niewiele miejsca zajmuje i oddziela od pieszych :) Same plusy. Żurawie pewnie nie mają klasówek, tylko polówki :)
Miciu - współczuję :) Ja bym się normalnie budził codziennie o dziewiątej, ale nie mam jak. Myślę, że testy będą pozytywne :)
Ja na te czekadełka mówię "płot" i raczej uważam za kolejne niespecjalnie wydane pieniądze w ramach tzw. infrastruktury rowerowej. Chyba, że rzeczywiście czeka się 5 minut, ale zazwyczaj służą mi wyłącznie do odepchnięcia się, dzięki czemu mam szybszy start na dedeerówie.
Co do żurawi, to ciekawe czy wśród nich istnieje zwyczaj na klasówce, albo egzaminie tzw. zapuszczania człowieka? ;)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"