Niedziela bez planów? A co to? Odpocznę przecież w trumnie :)
Wczoraj fajny wypad ze znajomymi, późny powrót, ale rano za dużo czasu na spanie nie było. Choć i tak owa czynność trwała dłużej niż zaplanowałem. Tym bardziej, że nocny deszcz jakoś nie motywował do wczesnej pobudki.
Finalnie wyjechać się udało. Niestety dziś ponownie rządził wiatr i kręciło się średnio. No ale lepiej kręcić "tak se" niż w ogóle. Paulo Coelho by się takiej głębokiej myśli nie powstydził :)
W końcu trafił się myszołów ze słońcem, a nie chmurami w tle. Szkoda, że tak daleko, ale jakoś tam zdjęcie wyszło. A taki aktualnie jest klimat w Lisówkach. Trafił się chowający na polu żuraw. Raczej młody. Ledwo wróciłem, coś zjadłem i popiłem, czas było znów ruszać, tym razem na dworzec Poznań Główny. Bowiem od jakiegoś czasu byłem ugadany z Dominikiem, że jeśli uda mi się wyrobić czasowo to będę świadkiem początku długiej podróży jego i kompana Grzegorza (sukces, udało się imię zapamiętać, oczywiście musiałem dopytać dwa razy, tak mam), którzy jadą z Poznania przez zachodnie rubieże na południe, by zaliczając wszystkie możliwe pasma górskie za bliżej nieokreślony czas znaleźć się w Rzeszowie.
Po odebraniu panów z dworca ruszyliśmy na jak zwykle czerwonej fali przez Głogowską, ale żeby nie było nudno, zaplanowałem mały skok w bok, czyli wizytę na Szachtach. Co prawda człowiek tam był na człowieku, ale udało się jakoś dotrzeć do wieży widokowej. Wysłałem podróżników na górę, a sam wykorzystałem sytuację i pożarłem loda. Dobry układ :) Oczywiście nie mogłem i ja odmówić sobie szybkiej wspinaczki. Potem zabrałem się za ratowanie życia, czyli znalezienia miejsca, gdzie serwują kawę :) Trafiło na Żabkę, bo Orlenu na horyzoncie nie było. Jak widać mój rower lekko się wyróżniał brakiem pewnych elementów - z grubsza 20 kilo był lżejszy od pozostałej dwójki. Kolejnym etapem wycieczki krajoznawczej był... Luboń. Wiem, okrutny jestem, ale to był jedyny sposób na ominięcie mało przyjemnej wojewódzkiej na poznańskim odcinku. Oczywiście nie mogło zabraknąć klaskoniarza, którego raz jeszcze w tym miejscu serdecznie pozdrawiam, tym razem już bez użycia palca :) Następnie Wiry i Komorniki, gdzie musiałem pożegnać sympatycznych kompanów. Panowie, miło było poznać, ponarzekać i pożartować, fajna z Was ekipa. Czekam na relację, tak jak zostało obiecane - do końca sierpnia pewnie powstanie :) Szerokiej drogi!
Wieczorem jeszcze spory spacer po Dębinie. Oj, trochę nogi dziś dostały.
Ja to nawet na lekko wyglądam prawie tak jak te dwa rowery ;-P Natomiast względem kawy swego czasu zainwestowałem w mały termos 1/3l na kawę (do tego mam poręczne bueteleczki na mleko do niej, bo po kawie z mlekiem termos za szybki się zaśmiardywuje i trudniej go wymyć), dzięki temu mogę sobie ratować życie w jakimś przyjemnym miejscu (przykładowo na takiej wieży).
Zdecydowanie ten PJN rozumiem, a kto nie rozumie... niech sobie adoptuje psa. Tylko niech nie kupuje! A jeśli chce kupować, niech lepiej skupi się na innych głupotach.
Evita - chłopaki z tego co mówili już tam byli :) I na wieży, i w Rumunii, i na Bałkanach :) Właśnie, to Sky coś tam muszę kiedyś zaliczyć :) Mało czasu miałem, choć i tak bym chyba trzech gałek w siebie nie wcisnął :)
Marecki - dokładnie i... dokładnie :)
Lapec - nie ma co gardzić, to jedyna rozsądna opcja. Ewentualnie tresowany wielbłąd podążający za rowerową karawaną :) Widoki co jakiś czas serwuję, fajnie, że mogę je też pokazać na żywo.
Kamil - nie no, smaruję, ale wyjątkowo często ostatnio zamiast z audiobookami jeździłem z muzą i nie słyszałem, że ćwierkam, dopiero przy okazji tej jazdy miałem tę wątpliwą przyjemność wstydzić się za siebie :)
No, jak mi się tęskni do takiego obładowania sakwami... I jeszcze bym chciała rowerowo zobaczyć: Gruzję, Albanie, Rumunię... Ładne widoki z tej wieży, choć ja z wieżami średnio się lubię ;) Ostatnio udało mi się ominąć atrakcję Sky Walk w Świeradowie ;p, ale podobno blisko Mucznego w Biesach się coś pojawiło ; Jedna kulka??? Tom! Dopiero od 3 się liczy! ;)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"