Zabiegany i zajeżdżony dzionek. Wolnego w moim wydaniu ciąg dalszy :)
Najpierw odstawienie Czarnucha do serwisu. Nie dało się nim już jechać nawet do pracy, więc decyzja o wymianie bebechów była jedyną słuszną. Szkoda, że akurat przed długim weekendem, ale może uda się go odebrać na dniach.
Potem już szosą (też będącą na granicy) w drogę. Miało padać i faktycznie, kilka razy mnie skropiło, lecz na szczęście nie jakoś mocno.
Trasa zachodnia, klasyczna, polna, tak często opisywana, że ujmę ją w skrócie: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Plewiska - Poznań.
Nawiedziłem znajomą ambonę w Lisówkach, czyli trochę terenu weszło. Z chęcią założyłbym na niej kłódkę, żeby służyła tylko dobrym celom. Zanim jednak do niej dotarłem, dostałem bonusa. A w sumie dwa :) Niestety żaden nie został uchwycony ostro, bo zanim dwukrotnie wyjąłem aparat, było już po ptakach. A konkretnie po samicach muflona z małymi... ...oraz lisa. Nazwa miejscowości w końcu zobowiązuje :) A w Trzcielinie odwiedziłem znajomego żółwia. Znów dokładnie w tym momencie padało. Przypadek? :)
Kolzwer - no właśnie żal, że nieostro, ale jak na nanosekundę czasu, jaki miałem na zrobienie foty i tak jestem zadowolony :) Następnym razem koniecznie bierz aparat, na bank będziesz miał więcej szczęścia ode mnie.
Lapec - aż tak źle z nim nie było. W przeciwieństwie do mojego roweru :) Cholera, fajnie by było być takim żółwiem, ale pech chciał, że zostałem człowiekiem :)
Evita - dzięki jako chyba już reprezentant Lisówek, tak nieoficjalnie :) Zapraszam! :)
JPbike - najwyraźniej, kilka wpisów temu o nim wspominałem :)
Meteor - dokładnie, to czysta radocha widzieć nowe zwierzęce pokolenia :)
To się nazywa znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, trochę nieostro, ale przynajmniej zdążyłeś. U mnie w pracy dzisiaj też kręcił się młody lis, co pewien czas gonił bażanty, ale jak zwykle się nie dały. Żałuję, że nie miałem przy sobie aparatu, bo zwierzaki biegały tuż pod oknami nastawni.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"