Jako człowiek, który rowerem przejechał już swoje, dobrze wiedziałem, że odbędzie się dzisiaj dwukołowa rzeź. Na drogi ruszą wszyscy, bo niedziela z dobrą pogodą oznacza, iż naród poczuje nieodpartą chęć odkopania jednośladu i zrobienie tych swoich pierwszych w tym roku pięciu, dziesięciu, a może nawet kilkunastu kilometrów. Oczywiście najlepiej w grupie, jadąc całą szerokością drogi, względnie z latoroślą, której najlepiej wychodzi jazda w poprzek, ewentualnie w najbardziej zatłoczonych miejscach z komórką w łapie, którą albo się cyka foty na Insta lub radośnie gaworzy przez łocapa.
Niestety się nie zawiodłem. Było dokładnie tak, jak sądziłem. Jak zwykle na początku wiosny zaczynam tęsknić za zimą :)
Oczywiście, mogłem wstać o piątej rano i ruszyć przed całym tym cyrkiem. Ale musiałem się wyspać, więc zagryzłem zęby i walczyłem z ludzką tępotą. Czasem musiałem nawet te zęby otworzyć i pouczyć niektórych, bo skończyłoby się tragedią. Z plusów - muszę przyznać, że sporo szoszonów pozdrawiało, co zapewne oznacza, że zimowi ludzie się nie poddali :)
Łapy mi opadły nie tylko z powodu tłumów, ale także z powodu polskich realiów. Między Mosiną a Żabinkiem świeża wycinka, w sezonie lęgowym (!), ponownie na terenie Natura 2000, a dokładnie Ostoi Rogalińskiej. No i co z tym można zrobić? Tylko zakląć pod nosem, bo Lasy Państwowe zarządzane przez państwo śmieją nam się w pyski. Poniżej dowód na to, że drwali jak widać zdolnych mamy :) Oczywiście drzewo mogło tam spaść samo, ale wszędzie dookoła straszy wycinka, więc mam swoje podejrzenie. Na szczęście "mój" las, na odcinku między Żabnem a Baranowem wciąż stoi. W drodze wyjątku nawet dałem swojego lajka za to, żeby tak zostało. Oczywiście w wersji nie do (a z) Poznania. Podjechałem na sprawdzony punkt do focenia ptaków, ale niestety chyba zaczyna się za niego dobierać jakaś deweloperka, bo teren wyrównany, a zwierzaków brak. Mam nadzieję, że jednak nie o to chodzi. W końcu teren wydaje się zalewowy. Niech taki zostanie :) Na szczęście nie wróciłem z niczym - udało się przyuważyć sarny w Sasinowie. Co prawda musiałem się cofnąć i ukryć na polu, ale warto było :) No i niestety na dziurach w Mosinie wypiął mi się licznik. Spadł na ulicę i zdechł :/ Zanim się zorientowałem, że go nie mam, byłem kilkaset metrów dalej, więc zanim go znalazłem trochę potrwało. Ucieszyłem się, że jest cały, ale mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem, że nie działa. W domu obejrzałem go dokładnie: wyleciał jeden ze styków w środku - temat nie do naprawienia. Kolejny nieplanowany wydatek mnie czeka :/
Aha, miałem jeszcze napisać o dzisiejszym wietrze. Ale... chyba się powstrzymam :)
Komentarze (12)
Dokładnie.
Co by zrobiły z nim Lasy Państwowe, gdyby zapewne nie był pomnikiem przyrody? Wycięły. Sadząc w zamian 1,5 drzewka. Czyli dwa w założeniu, z czego przeżyłby w aktualnych czasach jeden, a pół kolejnego smętnie usychało :/
Naprzeciwko rodziców mojego Jarka w Whitestoku jest piękny stary dąb. Na imię mu Opat. Informacja na nim : to drzewo ma 120 lat. Daje tyle tlenu, co 1,5 tys. (!!!) ok. 10-letnich drzew. Nie mam pytań.
Gizmo - nigdy nie pisałem, że tylko na zamkniętych, ale fakt faktem, że tam robi to najbardziej upierdliwie i demotywująco :)
Lapec - taaa, już kilka razy chyba tę moją czapeczkę bez pomponika przerabialiśmy :) Lasy Państwowe i SASINowo są zdecydowanie zbyt blisko :) Choć miejscówka, sama w sobie, całkiem sympatyczna.
Pianroo - oj, to złożony temat :) Masz rację, że ostatnią stówę robiłem bardzo dawno (październik ubiegłego roku), ale trochę ich w życiu wykonałem (na górze są kategorie "po stówie" i "po stówach dwóch"). Generalnie prawda jest taka, że nie mam czasu, a trochę i mi się nie chce. Żeby go nie tracić jedyną sensowną opcją jest właśnie pociąg, żeby nie wracać w to samo miejsce, a i przy okazji mieć z wiatrem. Kiedyś mnie to bardzo kręciło, ale teraz wolę zrobić swoje "uzależnione" 50 kilosów, a potem pójść z psem na spacer, co często jest bardziej męczące niż 200 km :) Trochę zmieniam swój sportowy profil z rowerzysty na rowerzysto-piechura i to mi bardzo odpowiada. Tym bardziej, że przy okazji mogę zrobić foty przyrody, co ostatnio mnie bardzo wciągnęło. A co do jazdy po mieście to zależy o której jej części mówimy - Poznań od kilku lat przyjął standardy rowerowe i się odgruzowuje z antyrowerowego szamba z kostki, więc czasem lepiej mi się jeździ po nim niż po takim Luboniu (do którego mam niestety 1,5 kilosa i nie mam jak ominąć) czy innych wioch na prawach miasta, które muszę pokonać, żeby znaleźć się na wolności. I ten akurat wpis zawierał Poznania mniej niż zero, a właśnie masakrę niedzielną pod nim. Uff, to tak w skrócie, mam nadzieję, że choć trochę wyjaśniłem. Pozdro! ;)
W związku z poruszonym przez Ciebie tematem nurtuje mnie pewna kwestia. Nie pierwszy raz narzekasz na miastową (i nie tylko) "swołocz" ale przeglądałem trochę Twoich wpisów i w zasadzie nie znalazłem jakiegoś dalszego tripa w ostatnim czasie. Mi miasta aż nadto wystarczy w tygodniu i na weekend uciekam w promieniu min 30 km Czyśbyś był aż takim "regionalnym patriotą" ? :p Nie przyszło Ci na myśl wsiąść czasem w pociąg albo wrzucić rower do samochodu i uciec gdzieś nieco dalej? Oczywiście pewnie są jakieś powody ale trudno mi nieco zrozumieć ten swoisty sadomasochizm :p Zima wraca więc w tym tygodniu na pewno będzie luźniej. Pozdrawiam :D
Istna masakra z tą chołotą na rowerach, tylko przeszkadzają i nie widzą w tym nic złego! Dramat! Wczoraj tak wiało, że nawet w lesie kosił, dziwne uczucie, a Ty mówisz, że ino na otwartych poczyna sobie śmiało hmm ....
Rozsądnie. Każdy łatwo dostępny teren to w takie dni lep na ludzkie robactwo. Dlatego fajnie wiedzieć, gdzie uciec lub jakie objazdy stosować. Niestety nie zawsze się da.
Pierwszy akapit w punkt, u mnie na pewnych odcinkach tak samo, dlatego też jak tylko się dało trzymałem się piaszczystych leśnych i kamienistych polnych (wietrznych) dróg - tam nie było prawie nikogo (trafiły się ze trzy auta 4x4 i motocykl). Teren zalewowy może odstraszyć jakiegoś developera dopiero po fakcie... Ekstra ujęcia sarenek na deser!
Huann - my dzisiaj z psem poszliśmy na cmentarz :) Ten taki zapomniany, bo na Dębinę wyjście nie miało sensu, chyba że z kałachem :) Wiosna wyraźnie daje nam znać, że w tym kraju mało co jest normalne i się dostosowuje.
Mallutky - wiem :( Trąbie o tym od dawna, bo pod Poznaniem tną od kilku lat, jednak ostatni rok to jakaś jedna wielka maskara. Najgorsze jest to, że z leśnikami nie ma dyskusji (próbowałem): najpierw tłumaczą się chorobami drzew, potem gospodarką leśną, a w końcu, gdy ich się przyciśnie, mówią, że muszą, bo ministerstwo wymaga. I jak zwykle bełkot o nowych nasadzeniach, jakby one były w stanie w jakikolwiek sposób zastąpić tlen czy cień drzew dojrzałych...
JPbike - czekamy więc na wzrost zachorowań na Covid. To wyjdzie po czasie, ale ile rozsądnych rowerzystów/pieszych trafiło dziś do szpitali przez niedzielnych miłośników ciepła? Na to chyba statystyk nie ma.
Tną w lasach na potęgę. Do którego lasu się nie wjedzie albo nie wejdzie pełno przy lenych drogach jest uskładanych pociętych drzew, a "drwale-wandale" pozostawiają po sobie pustkę i zniszczenie.
Jakże się cieszę, że nie byłem dziś "jak wszyscy" i z premedytacją zostawiłem rower w domu udając się z psem na dłuższy psacer :) Co prawda niemal od razu potrącił mnie (lekko) jadący radośnie z pińcetplusem jakiś niedzielny ojciec-dwukołowiec na chodniku, ale poza tym (i omijaniem zygzakiem) tłumów w lesie był to bardzo przyjemny, choć jak dla mnie całkiem już za ciepły dzien. Na szczęście jutro już ma być pod każdym względem lepiej, a pojutrze wręcz paskudnie, ale widać ta wiosna jest jak rządowe obostrzenia: kieruje się logiką tak głęboką, że nawet na antypodach z niejakim zdziwieniem zadzierają łby patrząc do góry.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"