Glut świąteczny :)
Do wyjazdu podchodziłem jak pies do jeża, czyli znów najpierw zrobiłem rozeznanie terenu, co zbytnim optymizmem mnie nie napełniło, gdyż wciąż na ulicach zalegało sporo syfu, średnio niestety dotychczas rozjechanego przez różnorakie pojazdy. Jednak stwierdziłem, że jak dziś nie ruszę, to mnie leń dopadnie na dobre. No więc odkurzyłem Czarnucha i w drogę.
Trasa to klasyczne w tę i z powrotem: Dębiec - Górczyn - Plewiska i serwisówką prawie do ronda przed Dąbrową, gdzie nastąpiła nawrotka.

Drogi w mieście fatalne, na wsi, czyli w Plewiskach (skromne ponad 9 tysięcy mieszkańców, ale zapewne praw miejskich się nie opłaca mieć) też do ideału trochę brakowało...

...ale już serwisówki prezentowały się całkiem sympatycznie.

Na więcej niż 30 kilosów czasu nie miałem - do pracy trzeba było. W sumie nawet nie zamierzałem dalej jechać, bo zimno. Poza tym dziś dzień święty, który należało święcić, więc trzeba było jeszcze odwiedzić świątynię...

...i oddać się kontemplacji :)

Milusio, że znów udało się spędzić chociaż tę godzinkę z nakładką na rowerze. Fajnie, bo już zaczynało mnie jakieś przeziębienie brać od braku kręcenia :)
A na Wildzie dziś zauważyłem smakołyk: kiełbaski z rodziny kozackiej, do tego takiej premium, bo do tego polskiej i wędzonej :)









