Dzisiaj czekał mnie już normalny dzień w pracy, więc schemat był klasyczny: wstać, wypić kawę, ruszyć na rower, wrócić i popędzić do pracy. Udało się.
Przyjemności - jak to ostatnio - było w tym niewiele. Bo wiało, wciąż tak samo mocno, ale do tego jeszcze mniej sprawiedliwie niż w ciągu ostatniego tygodnia. Do tego doszły obawy, że lunie deszcz. Finalnie obyło się bez prysznica. Temperatura byłaby całkiem spoko, ale już w połączeniu z chłodzącymi za bardzo podmuchami stanowiła lekką przesadę.
Tutaj powinno być klasyczne zdjęcie z roweru, ale żeby nie było nudno, najpierw zwierzak. Do alpak jeszcze wrócimy :) Chwila dla roweru... ...i już jesteśmy w miejscu, które wczoraj obiecałem opisać. Bowiem wybrałem się - po bodajże dwuletniej przerwie - do poznańskiego Nowego ZOO. Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem tego typu przybytków, bo kiedyś były one zdecydowanie niehumanitarnie prowadzone, natomiast teraz jest już z tym o wiele lepiej. A to z Poznania jest w ogóle ewenementem na skalę rodzimą. Nie tylko dlatego, że jest olbrzymie, położone na tak zwanym Wschodnim Klinie Zieleni, niedaleko Jeziora Malta, ale stanowi naturalne i chętnie zamieszkiwane przez różnorakie ptactwo miejsce lęgów. To tutaj wczoraj uchwyciłem czaplę, zdecydowanie nie więzioną - podobnie jak kormorany. Znaczna część ze 120 hektarów to albo lasy, albo stawy. Tak to z grubsza wygląda: Co ważne - od jakiegoś czasu jest to ZOO z misją. Wszyscy pamiętają zapewne ratowanie tygrysów jadących z Włoch do Rosji, ale tutejsza pani dyrektor prowadzi azyl dla zwierząt... ...również ratując takie, które miały iść na futra, jak choćby te lisy: Poganiałem sobie wczoraj, zaliczając ponad 8 kilometrów spaceru, trochę będąc zawiedzionym zamkniętymi: (jak zwykle wina koronawirusa) wybiegiem tygrysów oraz słoniarnią. Tę jednak udało się przydybać z zewnątrz, oczywiście wraz z mieszkańcami. Kilka fotek poniżej. Akurat tu przydał się dobry ZOOm :), bo tu zasada jest jedna: ZOO ma być dla zwierząt, dopiero potem dla ludzi. Więc nie ma ich dużo, mają wiele przestrzeni, a jak się jakiegoś nie da zauważyć, to... trudno :) Reszta zdjęć jutro, chyba ciekawszych. A żeby ładnie zamknąć wpis klamrą... alpaka :)
Komentarze (11)
Roadrunner - to nie żuberek, tylko bizonerek :) Dzięki! :)
Ania - hehe :) Myślę, że alpaka się nie obraziła :)
Kupa fajnych fot i zwierąt, te alpaki dziwacznie wyglądają jajk są opierdzielone hehehe. Jest i żuberek za którym tęsknię w płynnej postaci nhuahuehaheu
Kolzwer - no to zapraszam, może będę miał okazję oprowadzić kiedyś :) Jest trochę chodzenia (około 8 km), ale jest też bezpłatna kolejka, która ma kilka przystanków, gdzie można wysiąść i potem znów wsiąść. W chorzowskim ZOO mnie nigdy nie było, a kilka w Polsce i zagranicą (Praga i Barcelona) zwiedziłem :)
Ciekawy wpis, sam byłem w zoo, akurat chorzowskim jakieś piętnaście, albo nawet siedemnaście lat temu, tak dano, że nawet nie pamiętam. W tym roku pewnie się nie wybiorę, ale w przyszłym to już prawdopodobne, poznańskie jest jednym z tych, które chciał bym zobaczyć :)
Alpaki są z innego wymiaru :) A to nie orzeł, tylko przedstawiciel sokołowatych - karakara falklandzka. Istotnie, ma w sobie coś z orła.
Polecam właśnie ZOO poznańskie :) Spacer, przyroda, wybiegi (przynajmniej te nowe) z korzyścią dla zwierzaków. Taka alternatywa dla wrocławskiego, gdzie jest imponująco jeśli chodzi o "zasoby" i fajerwerki (Afrykanarium, choć nie miałem jeszcze okazji w nim być), ale na niewielkim terenie. Podobne są w Polsce jeszcze dwa: w Krakowie i Gdańsku, oba świetnie położone, ale zdecydowanie mniejsze.
Największym problemem są te cholerne siatki. Nawet jak aparat je ładnie redukuje albo uda się wcisnąć obiektyw w dziurę, to i tak zawsze coś :)
Alpaki pocieszne stworzonka, rozmieszają mnie..Orzeł wygląda majestatycznie. Tez muszę zabrać lumixa i pojechac do jakiegoś zoo. Ostatnio w takowym byłem w 2006 lub 2007 r. w Krakowie.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"