Poranek z Pana-kracym
Gówno prawda :)
Bowiem na piętnaście minut przed końcem roboty zorientowałem się, że w przednim kole Czarnucha jest powietrza mniej niż zero. Szczęście w nieszczęściu, że w podsiodłówce była choć dętka. Udało mi się więc warunkowo skorzystać z uprzejmości zaprzyjaźnionego sklepu i na sekundy przed zamknięciem wymienić gumę i uzupełnić powietrze. Jakoś udało się wrócić do domu na dwóch kółkach.
Rano, gdy zobaczyłem, że nie pada, zachciało mi się szosy, która stała sobie nieużywana przez kilka ostatnich dni. Tymczasem... zero powietrza w tylnym kole. No kurde! Ok, wyjścia nie miałem, zabrałem się za szybką wymianę. Tak szybką, że najwidoczniej zahaczyłem łyżką o dętkę, uszkodziłem ją i po zamontowaniu okazało się, że nie da się jej napompować. Brawo ja :/ Znów babranie się ze ściąganiem, montaż i... ponownie coś nie tak z gumą. Tyle że już nie miałem siły i czasu sprawdzać o co chodzi, więc rzuciłem szosę w kąt i wybrałem Czarnucha. W sumie nie będąc pewnym czy z nim wszystko jest w pełni ok.
Wygląda jednak na to, że było. Bowiem dojechałem bez defektu. A że jednak syfu na drogach było sporo, do tego raz nawet trafił się deszczyk, wyszło nawet rozsądnie.
Trasa to typowe w tę i z powrotem: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Krosinko - Dymaczewo Stare - Bolesławiec, tam nawrotka. We wspomnianym Bolesławcu (ciut mniejszym niż ten dolnośląski) bywam rzadko, bo to smutna miejscowość, która na końcu ma indyczą rzeźnię.




Do pracy dojechałem rowerem. Zabierając ze sobą pompkę :) A zagadkę: "co się do cholery dzieje z kołem w szosie?", postaram się rozwiązać wieczorem albo wcześnie rano, bo jutro niby dzień wolny, ale czasu będzie mało.








