Wczoraj wieczorem zaczęły przychodzić alerty ostrzegające o nocnych marznących opadach deszczu, które utrzymywać się miały do godziny dziewiątej. Co ciekawe, nijak się one miały do prognoz, które w ogóle nie pokazywały deszczu. Jak się okazało, jednak to alert miał rację.
Gdy wstałem, za oknem co prawda nie było szklanki (za to kubek kawy był obowiązkowy), ale też jakoś super bezpiecznie wizualnie warunki się nie prezentowały. Oczywiście na wstępie odrzuciłem jazdę szosą, stawiając na przystosowany do walki czołg, czyli Czarnucha. Sprawdził się idealnie.
Mimo że musiałem w samo południe być w pracy, odczekałem więc ile się dało, czyli ruszyłem przed dziewiątą. Z minuty na minutę drogi schły, więc pod koniec prawie nic mi już nie chlapało na ryj. Trasa zachodnia: Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Nie działo się kompletnie nic wartego opisania. Sam się dziwię, że z tego udało mi się do tej pory stworzyć trzy i pół akapitu :) Zdjęcia też w związku z tym mglisto-nijakie. Dystans zawiera dojazd do roboty. Zdążyłem, załóżmy że punktualnie :)
Komentarze (10)
Ale - jak na styczeń - mogło być zdecydowanie gorzej :)
Historia z czasów mej wczesnej młodości: co roku wyjeżdżałem na 2 miesiące do babci do Słupska - i zawsze zostawał w domu jakiś zwierzak, którego mi brakowało. Któregoś lata babcia się nade mną zlitowała: poszliśmy do zoologika i kupiliśmy Panią Białą Myszową. Następnego ranka okazało się, że była w promocji, bo było oprócz Pani Białej Myszowej w akwarium baraszkowało sześć mysich osesków! Po dwóch miesiącach wakacji nie mogłem ich zabrać do domu (tam były chyba wtedy dwa chomiki), więc całe towarzystwo (siedem białych gryzoni) wypuściliśmy w ogrodzie na tyłach szpitala dla nerwowo i alkoholicznie chorych (niewinny pomysł babci). Dopiero po latach zorientowałem się, że akcja, z mimowolnym drugim dnem mogła spowodować niezły ciąg - dalszy ;) Czy tak się stało, tego jednak nigdy się już zapewne nie dowiemy...
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"